Witam na moim blogu!

...:::Świątynna Tajemnica:::... >> czwartek, 11 października 2007 12:03:03

Cóż Wam rzec? Najpierw przeproszę za długą nieobecność. Miał być rozdział, ale zaczęła się szkoła i czasu mniej. Ale za to mam dal Was dłuższy rozdział i nowy wątek, który nieco urozmaici tę historię, która jeszcze nawet nie zaczęła się rozkręcać. Oj, wiem. Musi zacząć, tylko jakoś nie mogę do tego dojść :/ A plany mam wielkie, oj wielkie. Więc liczę na Waszą cierpliwość.
Ach, no i co jeszcze? Mam wiele wielkich planów. Wymyśliłam już tysiąc opowiadań i każde kolejne wydaje mi się lepsze od poprzedniego. Tak więc mam kilka zaczątków i nieudolnie próbuję je kontynuować. I kiedy historia o wagantach się skończy, szykujcie się na następne!




***





Estania przysiadła przy głazie, żeby osłonić się od ostrego północnego wiatru, jaki pędził przez trawiastą Alabastrową Równinę. Chciała skulić się, zamknąć na świat choć na chwilę. Po kilku minutach odpoczynku postanowiła jednak iść dalej. Dotknęła srebrnego medalionu na szyi i łza popłynęła po jej suchym, pomarszczonym policzku, ale zaraz wzięła się w garść. „Co za marnotrawstwo!” skarciła się „Szkoda, że nie mam już suszonych brukselek” dodała.
Marzyła o chociażby kropli wody, jednak ta już dawno się skończyła. Jedynym jej źródłem były krople porannej rosy na zielonych źdźbłach trawy. Brukselki też dawno się skończyły. A brukselki są dobre na wszystko.
Kobieta roztarła stare, zmęczone kości i zmusiła się do wstania. Mrużąc oczy dostrzegła na horyzoncie ciemną linię Puszczy Bahotów. Jeśli tam dotrze, to może nie umrze z pragnienia.
Estania pomodliła się szybko. Nie wiedziała ile czasu może jej zająć dotarcie do Puszczy, ale naturalnie była pewna, że im szybciej tam dojdzie, tym lepiej dla niej. Wobec tego zacisnęła zęby i ruszyła przed siebie.


***



Yass zamrugał. Od strony ołtarza biło jasne światło. Zresztą jak zawsze. Bardzo jasne, acz delikatne. Takie... niewinne? Nawet bardzo. I piękny Erlo Stworzyciel pośród blasku. Jedyny prawdziwie niewinny.
Spojrzał w prawo, na małą i ciemną kaplicę Eframiny. Spoglądała na niego z obrazu. Stalowe, wściekłe oczy śledziły jego ruchy, dzierżona w ręku błyskawica jakby lekko drżała. „Nadszedł czas... Czas na ciebie. I nie uciekniesz!” chciała krzyczeć do niego. Ale to jeszcze nie jego czas, wiedział o tym.
Niegdyś Erlo zapragnął ożywić Anastrię. Podziwiał jej piękno, jednak czegoś mu brakowało, tego, kto będzie mógł to piękno odkrywać. I wtedy postanowił zesłać na planetę swoje dzieci. Stworzył je ze światła i posłał na Anastrię, ale nie miały one duszy, wszystkie były takie same i czekały, aż świat do nich przyjdzie. I wtedy Erlo tchnął w nie życie, swoje życie. Oddał im swoją duszę. Tak powstali ludzie.
Erlo miał żonę, Eframinę. Piękną kochającą kobietę. Jednak odszedł od niej dla ludzkości. Ożywiając ludzi i wszystkie inne stworzenia zostawił ją samą, swoją duszę, którą obiecał ukochanej, oddał jakimś niedoskonałym stworom. Bóg umarł. Zostawił żonę zapłakaną, cierpiącą, stęsknioną. Lecz wkrótce potem zamieniła się w zimną i bezlitosną. Odbierała życie wszelkim istotom i robi to nadal w nadziei, że wróci to jej męża. Przychodzi, gdy jesteś słaby i nie stawiasz oporu. Przychodzi, gdy się jej nie spodziewasz, żebyś nie probował walczyć. Gdyby mogła, zabiłaby wszystko co żyje, ciskając gromy i sprowadzając na Anastrię ciemność, jaka nigdy nie spowiła planety. Ani jeden promień słońca nie przebił by się przez cień.
Jednak na straży życia stoi Weyuu, młodszy brat Erlo. On zrozumiał, że Stworzyciel już nigdy do nich nie powróci, więc postanowił pielęgnować to, czemu brat tak bardzo się poświęcił. Szanował jego decyzję. Codziennie budzi świat, wyrywa życie z rąk zrozpaczonej Eframiny. Nie każdego udaje mu się uratować, więc tworzy nowe istoty, aby to, co stworzył Erlo nigdy nie zniknęło z pięknej Anastrii.

Yass znów zamrugał. Dziś Weyuu znów był łaskawy, zabrał go ze szponów Eframiny.
Kapłan sięgnął pod ołtarz i wydobył zmiotkę z piór sójki, po czym zabrał się za oczyszczanie ołtarza z delikatnej porannej warstwy kurzu.
Godzina była wczesna, ale mimo tego usłyszał za sobą ociężałe kroki. Nagle poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. To jakaś staruszka wsparła się na nim. Spojrzała na młodzieńca zmęczonymi, złotymi oczami zasnutymi mgiełką, dotknęła swojego medalionu i zemdlała.


***


- A co to ma być?! - zabrzmiał oburzony głos. Osoby siedzące przy stole zamarły.
- Co to ma być, pytam się! - kobieta krzyknęła raz jeszcze. - Znowu gracie beze mnie?! Żadnego szacunku! Jestem wam równa! Żądam zaproszeń do gry!
- Ostatnio gdy graliśmy z tobą zabiłaś dla zwykłej zabawy jedną z postaci. - zauważył mężczyzna.
- Jedną z niewielu, które miały wpływ na mojego ulubieńca... - mruknęła staruszka gładząc palcami czarny pionek.
- Zabijaj sobie w zaciszu swojej komnaty, nie gdy gramy, bo nie o to chodzi w rozgrywce. - kontynuował mężczyzna. - Należy mądrze podejmować strategiczne decyzje i wprowadzać w życie małe części wielkich planów. Zabijanie to nie jest wielki plan. - Przybyszka zmrużyła oczy ze złości, podparła się rękami pod boki i odezwała się:
- Kasus! Powiedz im coś! - młodzieniec, który do tej pory siedział w bezruchu, pochylony nad planszą z przymkniętymi oczami, jakby był bardzo skupiony, drgnął nagle. Spojrzał w stronę z której dochodził głos i gdy zobaczył gościa wyprostował się. Chwilę pomyślał, po czym spojrzał na nią pytająco. Kobieta westchnęła.
- Nie podoba mi się, że dobrze się bawicie beze mnie. - powiedziała spokojniej.
- Eframino, jedyną chyba rzeczą, która cię bawi, jest odbieranie życia. Wybacz, że to powiem, ale nas to nie bawi.
- Zareth... - zaczęła miłym tonem, ale zrezygnowała – Restho... - ale staruszka odwróciła się – Kasus? - zapytała z nadzieją, ale młodzieniec zajął się swoimi paznokciami. - Nie, to nie. Łaski bez! - skwitowała bogini i wyszła z komnaty łopocząc suknią.
- Zabiła ją. Zabiła Kleantę. A to miała być ważna postać. Wiązałam z nią poważne plany. A ona ją po prostu zabiła... - wymamrotała Restha podnosząc kości. Już po chwili los toczył się ze stukotem po stole. - Zabiła. - powiedziała z żalem maleńka staruszka gdy kości się zatrzymały.
- Brakuje mi Erlo.
- Może zaprosilibyśmy Weyuu?



***





Kapłan siedział przy łóżku i wsłuchiwał się w płytki oddech staruszki. Każdy z nich mógł być ostatnim.
Młodzieniec rozsiadł się wygodniej i zaczął z nudów miętolić habit. Odmówił już chyba wszystkie możliwe modlitwy i nie miał już po prostu sił.
Nagle kobieta jakby zachłysnęła się powietrzem i usiadła. Yass odskoczył przewracając z hukiem krzesło. Spojrzały na niego puste, złote oczy. Hipontyzował go szybki, chrypiący oddech. Potrząsnął głową i spojrzał na staruszkę raz jeszcze. Sięgała właśnie za dekolt. Po chwili w jej ręce ujrzał srebrny medalion na delikatnym łańcuszku.
- Misja musi być spełniona... Taka wola... Złota Twierdza... Elestarion... Słuchaj jak Ormanta do ciebie przemawia... Elestarion. Musisz! Najwyższa komnata, w najwyższej wieży! Meandrit drzwi otworzy, co zwarte są na wieki. W kamieniu znaki wyryte. A światło płomieni rozjaśni oblicze śmierci! Słyszący uczynić musi. Zagadka w cieniu pozostać. Droga przebyta, śmiercią okupiona, krew pod kopytami, a szczęk oręża depcze ci po piętach. Pamiętaj synu Kerusa, brukselki są dobre na wszystko! - wykrzykiwała kobieta. Kapłan sięgnął do miski po okład, ale gdy kładł go na czole staruszki spostrzegł, że nie żyje. Westchnął ciężko i zamknął jej oczy. Nabożnie odmówił modlitwę, po czym chciał wyjść i poinformować o wszystkim najwyższego kapłana, ale po chwili zastanowienia podszedł ponownie do kobiety, podniósł jej dłoń i przyjrzał się jej dokładnie. Dostrzegł ledwo już widoczne tatuaże, niby pierścienie okalające każdy palec delikatnej, pomarszczonej dłoni. Zmrużył oczy, po chwili jednak otworzył je szeroko i wybiegł z komnaty jakby zaskoczony.



***




Waganci bardzo żywo dyskutowali o czymś, co Athe zwyczajnie nie interesowało, więc po jakimś czasie przestała próbować zrozumieć i zupełnie zgubiła wątek. Znudzonym wzrokiem spoglądała to na jadącego po damsku przez dokuczającą nogę Wilka, to na wyprężonego w siodle Ashę czy przygarbionego Marcelusa.
Myślała. I to jak intensywnie! A co wymyślała? Czary, moi mili. Czary, które w jej mniemaniu pozostały nieodkryte, póki ona o nich nie pomyślała.
Myliła się.



***




Yass wypadł zza rogu i zderzył się z kimś, ale nie zwracał na to uwagi, tylko pędził dalej. Pokonując wiele zakrętów, schodów, korytarzy i kolejnych schodów dotarł wreszcie do celu.
Spojrzał na potężne mahoniowe drzwi. Podniósł rękę. Najpierw się zawahał, jednak postanowił zapukać. Zapukał więc. Na wszelki wypadek cicho. Został jednak usłyszany i zaproszony do wnętrza tubalnym:
- Wejść! - w tej chwili kapłan pożałował, że przyszedł. Jakoś rozmowy z przełożonym zawsze go przerażały.
- Ojcze przełożony... -zaczął. Przecież sprawa była poważna, musiała więc zostać poruszona i dogłębnie omówiona.
- Z szacunkiem! - zagrzmiał głos człowieka siedzącego z biurkiem.
- Najwyższy Kapłanie, Uniżony Sługo Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie... - poprawił się chłopak.
- No, już lepiej. Ale nie bądźmy tacy oficjalni.
- Dobrze, eee...? Dziadku... - westchnął – Mamy mały problem. - dziadek spojrzał na niego pytająco – Pamiętasz może kobietę, która rano przybyła do świątyni?
- A.... Tak, tak... Coś tam było... - zamruczał do siebie.
- No to... Ona nie żyje. Zmarła.
- Więc pochować ja! Na co czekasz?
- Tu się sprawa komplikuje. Bo ona jest z zakonu Ormanty Zielarki... To znaczy była. - Najwyższy Kapłan, Uniżony Sługa Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie zaklął szpetnie pod nosem. Bardzo, bardzo szpetnie. Na głos powiedział tylko trzy słowa:
- Kurwa. Żartujesz chyba? - Yass nie wiedzieć co odpowiedzieć na takie brutalne słowa i z tej niewiedzy wykrztusił tylko:
- Eeee...
- Jakiej była rangi?
- No więc... Miała pięć pierścieni. - dziadek zbladł i zacisnął wargi. - Ale nie możemy być pewni, co to oznacza. To przecież kobiety, prawda...? Ich nie da się zrozumieć, wszystko robią inaczej.... - młodzieniec próbował ratować sytuację.
- Uwierz mi chłopcze, to jest prawda. - wykrztusił po chwili przełożony.
- Na pewno? Możemy zatrzeć ślady... - posunął Yass.
- Czy ty wiesz w ogóle co mówisz?! Kucharka zakonu Ormanty Zielarki zmarła w naszej świątyni! KUCHARKA, CHLOPCZE!!! Oj, będzie wrzało... Wojna się szykuje, Yass. Wojna powiadam!
- Ale to nie koniec... - przerwał mu jeszcze.
- Co?! - chłopak pokiwał głową. - O kurwa... - wymknęło się dziadkowi – Opowiadaj. - nakazał.
- No więc... Kiedy praktycznie jeden oddech dzieli ją od Eframiny nagle się podniosła. - przełknął ślinę, wziął głęboki oddech i kontynuował. - Ona mi powiedziała... Powiedziała tak: „Misja musi być spełniona... Taka wola... Złota Twierdza... Elestarion... Słuchaj jak Ormanta do ciebie przemawia... Elestarion. Musisz! Najwyższa komnata, w najwyższej wieży! Meandrit drzwi otworzy, co zwarte są na wieki. W kamieniu znaki wyryte. A światło płomieni rozjaśni oblicze śmierci! Słyszący uczynić musi. Zagadka w cieniu pozostać. Droga przebyta, śmiercią okupiona, krew pod kopytami, a szczęk oręża depcze ci po piętach. Pamiętaj synu Kerusa, brukselki są dobre na wszystko!” - zacytował teatralnie zmieniając głos na (według niego) siejący grozę.
- Oż kurwa. - najwyższy kapłan powtórzył sobie to słowo jeszcze parę razy. Chyba chciał je lepiej zapamiętać. - Wiesz o co jej chodziło?
- Coś tam było o Estarionie, Złotej Twierdzy, tylko że to cholernie daleko... - dziadek skarcił go wzrokiem za przekleństwo. Chłopak widocznie poczuł się zbyt pewnie. - Reszty nie rozumiem.
- A kim, na zgniłe wnętrzności Bahota, jest ten syn Kerusa?
- Yyyy... To ja, dziadku. Kerus, mój ojciec... Pamiętasz?
- Ach, no tak, mój syn. Tak, tak. Ale z szacunkiem proszę!
- Najwyższy Kapłanie, Uniżony Sługo Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie...
- Nie teraz! Teraz myśl jak wyplątać się z tego chędożonego bagna! Toż to koniec naszego zakonu... Wybiją nas, pieprzone zakonnice. Czy ty kiedy widziałeś kapłankę Ormanty w średnim wieku?! Kawał chłopa... Znaczy kobiety. - nagle przełożony zamilkł z konsternacją na twarzy, po czym wybiegł z komnaty nawet nie zamykając za sobą drzwi. Yass stał na środku jak słup soli, zupełnie nie wiedząc co ma zrobić. Biec? Chyba należałoby to zrobić. Więc wybiegł.



***




Athe ziewnęła. Słońce zachodziło z mozołem, jakby chciało jeszcze trochę popatrzeć na świat. Mrugało czerwienią do czterech jeźdźców dając im delikatnie do zrozumienia, że może lepiej już się zatrzymać, bo niebezpiecznie jest podróżować nocą. Ale jeźdźcy nie słuchali. Jechali do późna, aż nic nie widzieli i byli po prostu zmuszeni do postoju.
Rozbili pośpiesznie namiot, zawinęli się w koce i zasnęli spokojnym snem.




***




Teraz małe wyjaśnienia.

Puszcza Bohotów - jak sama nazwa wskazuje - puszcza. Mieszkają tam i chronią lasu Bahoty, czyli skrzaty (ale nie takie sobie malutkie, a za to bardzo wojownicze) ujeżdżające pumy. Raczej nikogo nie przepuszczają przez puszczę, więc lepiej ją omijać, ale zdarzają sę wypadki, kiedy pozwalają podróżować przez swój dom.


A teraz odnośnie kucharki. to mogła zabrzmieć dziwnie, więc wyjaśniam.
Kucharz, to najwyższy kapłan, który również jest kucharzem. Pełnie zwykłe obowiązki zakonnika, gotuje. Jest wielce ceniony, bo opracowuje potrawy, które sycą, ale też zawierają substancje, które np. poprawiają koncentrację, samopoczucie. Generalnie poprawiają żywot zakonników. Każdy z nich ma jakieś tajne przepisy, które pomagają kapłanom być bliżej ich bóstwa.




komentarze [20]

flowers-of-fantasy blog






















Linki


Ich twórczość mnie urzekła



Kluby

Archiwum

2007
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (2)
maj (1)
czerwiec (1)
lipiec (2)
październik (1)

2008
kwiecień (1)
czerwiec (2)
sierpien (1)

2009
styczeń (1)
marzec (1)
lipiec (1)

Linki

Opowiadania Fantasy

Opowiadania fantazy...

Toplista stron o tematyce fantasy rpg itp.

Smoczy je¼d¼cy


Toplista Blogowej Twórczo¶ci


O Szablonie


© Goddess Layout
Design: Caroll
Picture: Caroll