>> środa, 8 lipica 2009 10:46:03
Hm. Powrót na razie sie nie zapowiada, co najwyżej start czegoś innego. To co sie roiło na dysku pozostalo w tej samej formie od paru miesiecy i nawet nie mam chęci tego ruszać. Odnosze pewne wrażenie, że ta historia się we mnie wypaliła. Pomysł nawet mnie bawi, ale nie mam żadnej checi go realizować. Za długo się nim bawilam, zbyt duzo przemyślen. nie ma juz w tym nic, co by mnie porywało.

ale mam nową historię, zamierzam ją niedługo zamieścic, ale raczej zrezygnuje z myloga. Kiedy cos postanowie, dam znać. Choc i tak nikt tego nie Przeczyta. Przeprasam za pisownię, ale klawiatura jest... dziwna.

Adieu
komentarze [0]

>> piątek, 27 marca 2009 16:42:08
Początek przeredagowanej historii już roi się gdzieś na twardym dysku. Jeśli kogoś interesuje w ogóle mój powrót, to może on nastąpić całkiem niedługo.
Pozdrawiam
komentarze [4]

Przerwa >> poniedziałek, 5 stycznia 2009 18:37:29
Nastała przerwa, jak zresztą chyba widać. Pisze parę innych rzeczy i planuję zacząć to opowiadanie od nowa i co najtrudniejsze - skończyć je. Rozpiszę plan, wszystkie wątki muszą mieć sensowny koniec i początek, ciekawsza akcja... Koncepcja generalnie pozostanie ta sama, nie porzucę moich postaci ani planów, ale to co już napisałam, trzeba napisać po prostu od nowa i większość tych zdarzeń po prostu nie będzie miała miejsca. Mam nadzieję, że uda mi się za to zabrać wkrótce, bo głowę mi zaprząta teraz coś zupełnie innego... Inna postać główna, wtrącę też stare poboczne z innych historii. Może i na nią nadejdzie czas ;)
Ale na razie postaram się coś zrobić z Athemie. Chyba zacznę od zmiany imienia ;)
komentarze [0]

Miasto Golemów >> czwartek, 7 sierpnia 2008 17:39:05


Więc tak. Przyznam się, wykupiłam sobie reklamę, czasem trzeba zaszaleć. I teraz trochę liczę na nowych czytelników. Jeśli jesteś jednym z nich, cieszę się niezmiernie i mam nadzieję, że będzie ci się podobać! Ale do rzeczy. Specjalnie dla Ciebie zebrałam się wreszcie za napisanie streszczenia, bo wiem, że nikomu nie chce się brnąć przez wszystkie te bzdury jakie napisałam, tym bardziej, że duża część z tego, co tu widnieje nic specjalnego nie wnosi w tok historii ;)
A kto czytał wcześniejsze epizody, niech to pominie, chyba, że pragnie odświeżyć sobie wizję tego zagmatwanego czegoś.
Mam tylko nadzieję, że długość streszczenia ani dzisiejszej notki Cię nie zniechęci. Proszę o cierpliwość ;)


I oto STRESZCZENIE FABUŁY:

Athemie pochodzi z malutkiego miasteczka, choć lepiej by pasowało do niego określenie wieś. Najlepsze kontakty utrzymywała z babką, rodzice pracowali całymi dniami, ale już nie chodzi tu o analizę psychologiczną jej relacji z rodziną.
W każdym razie wspomniana babcia utwierdzała powoli dziecko w przekonaniu, że posiada ono talent magiczny, i to nie byle jaki, bo jej pociecha miała być potężna jak mało kto. Wywnioskowała to oczywiście z jej urodzenia, pod znakiem Smoczego Oka, rzadko pojawiającego się na niebie, w dodatku w noc letniego przesilenia. Kombinacja iście wspaniała, wróżąca potęgę, a że magiczną babcia tłumaczyła jakimiś prostymi argumentami. Rodzice się nie zgadzali, dziewczę się nie uczyło magii, aż babcia zmarła. Wtedy to Athemie wyrusza w daleki świat, by pobierać nauki od najlepszego maga jakiego spotka. Na początku daleki świat ograniczył się do najbliższego dużego miasta – Merfenhau. Gdy tam dociera trafia na targ niewolników. Oburzona tym zjawiskiem atakuje kupca cebulą, co powoduje oczywiście pościg straży, z którego dziewczynę ratuje trzech wagantów: Asha, jego brat Marcelus oraz dość tajemniczy jegomość Wilk. Chłopcy sponsorują jej zupę, po czym, po występie w celach zarobkowych i spotkaniu z Radorym – złym charakterem - wyjeżdżają z miasta i udają się w drogę do Orowaru, jednego z największych miast w kraju. Po drodze Athe łamię rękę (nie wiem co mi do łba strzeliło, to było głupie i przysparza mi teraz problemów), a Wilk łapie się w sidła myśliwych. Potem napadają ich zbóje wynajęci przez Radorego, ale zostają rozgromieni przez wagantów, którzy okazują się cudowni (o tym potem). Łapią Radorego i okazuje się, że on chce porwać dziewczynę. Dlaczego? Otóż twierdzi, że skoro panowie Asha, Marcelus i Wilk ją ze sobą ciągają musi być jakaś pożyteczna. Chłopcy gardzą nim i przeganiają.
Później jeszcze natykają się na handlarza niewolnikami, a w Athe znów gotuje się na samą myśl o handlu ludźmi i chce uwolnić niewolników. Jej towarzysze na początku się nie zgadzają, ale potem, gdy dziewczyna budzi się w nocy okazuje się, że w obozowisku ich nie ma i szczęśliwym trafem odnajduje ich przyczajonych przy obozie wroga wymazanych czymś czarnym. Po zorganizowanej akcji uwalniają biedaków i odchodzą. W drodze Wilk wyznaje, że są Krukami.

A teraz właśnie dojechali do Orowaru ;)


Teraz troszkę o postaciach, żeby się nie pogubić kto jest kim.

ATHE – niedoszła czarodziejka, przeświadczona o swym talencie magicznym i wszelkich innych zdolnościach. Niestety, uważa się za pępek świata i wydaje jej się czasem, że we wszystkim jest najlepsza, choć ostatnio wagantom jakoś udało się to przytemperować. Często nie może zrozumieć świata. Jest uparta.
Jest średniego wzrostu, ma sięgające łopatek rude, falowane włosy i roześmianą twarz upstrzoną piegami. A w zielonych oczach skaczą iskierki.

ASHA – należy do Kuglarskiej Braci od dziecka, nie zna innego życia. Jest akrobatą, tancerzem oraz mistrzem w walce bronią białą. Zawsze nosi przy sobie miecz, choć wagantom zabrania tego prawo.
Ma czarną czuprynę i często poważną minę, choć potrafi być dowcipny, ale najbardziej lubi cynizm i wszelkie inne kpiny. Stalowoszare oczy ze spokojem badają świat wokół i poddają go racjonalnej ocenie, ale gdy przychodzi co do czego jest bardzo porywczy i dość szybko puszczają mu nerwy.
Jest bratem Marcelusa.

MARCELUS – jak jego brat należy do Kuglarskiej Braci od dziecka. Jest bardem, i choć jest młody, ludzie zaczynają o nim mówić. Jest autorem większości pieśni o Krukach oraz wielu innych. Jego głos zachwyca wielu znanych szerzej kolegów po fachu, którzy wróżą mu świetlana przyszłość.
Chłopak jest ambitny i zawsze stara się podchodzić do problemów spokojnie. Jest raczej optymistą, ale czasem nawet on umie wymyślić najczarniejszy scenariusz. Zdaje się, że generalnie jest spokojnym człowiekiem, ale czasem najmniejszy drobiazg może wyprowadzić go z równowagi.
Zawsze nosi przy sobie lutnię oraz ukryte w zwojach ubrań oraz cholewach butów noże, którymi potrafi rzucać niezwykle celnie nawet z zamkniętymi oczami dzięki swojemu słuchowi absolutnemu, który pozwala mu wykryć najmniejszy nawet ruch.
Ma burzę złotych włosów i zielone oczy. Czasem chodzi lekko niedogolony, z lekkim złocistym zarostem.
Jest bardzo podobny do brata.

WILK – jego pochodzenie jest dość tajemnicze i jedyne co na pewno o nim wiadomo, to że jest jedynym czarnoskórym człowiekiem na świecie, który żyje poza jego plemieniem, którego zresztą nikt nigdy nie widział. Nie potrafi do niego wrócić ani go odnaleźć, wszystkie drogi powrotu zostały wymazane z jego pamięci, pamięta jednak zwyczaje oraz osoby z plemienia.
Ma czarną skórę, włosy i oczy i jedyne co pobłyskuje bielą to jego zęby i białka oczu. Włosy zaplótł w dredy.
Najprawdopodobniej został wagantem, gdy tylko spotkał dwóch wspomnianych wcześniej braci. Jest najlepszym połykaczem ognia na świecie, potrafi z nim rozmawiać, nadawać mu kształty. Prawdopodobnie jest to pewna umiejętność plemienna, choć chyba niewielu ją posiada.
Na początku sprzeciwiał się podróżowaniu z Athe, ale potem musiał się zgodzić.
Niezbyt lubi się otwierać i trzyma swoje sekrety przy sobie, choć czasem musi uchylić rąbka tajemnicy.


RADORY – wcześniej wspomniany „zły charakter”. Kiedyś też był wagantem, jednak nie dowiadujemy się jaką profesją się trudnił, choć najprawdopodobniej był aktorem.
Jest wysokim chłopakiem o brązowych włosach do ramion i ciepłych orzechowych oczach. Na jego policzku widnieje paskudna blizna zadana kiedyś przez Ashę w porywie gniewu. Prawdopodobnie by go zabił, ale cwaniakowi udało się zbiec. Od tej pory cała Kuglarska Brać darzy go ogólną nienawiścią za zamordowanie najsłynniejszego bajarza w kraju zwanego Pielgrzymem. Teraz zadaje się raczej ze złymi gośćmi.


YASS – jest to postać z wątku pobocznego, ale bardzo go polubiłam. Cała jego historia zaczyna się, gdy do świątyni Erlo przybywa stara wysoko postawiona kapłanka Ormanty i umiera w jego rękach. W ostatnim zrywie, zapewne zbudzona przez Ormantę, wypowiada przepowiednię, czy też może rozkaz dla biednego kapłana. Na początku jednak razem z Najwyższym Kapłanem bagatelizują sprawę, aż okazuje się, że medalion kapłanki nie jest zwykłym wisiorkiem. A teraz słowa kapłanki: „Misja musi być spełniona... Taka wola... Złota Twierdza... Elestarion... Słuchaj jak Ormanta do ciebie przemawia... Elestarion. Musisz! Najwyższa komnata, w najwyższej wieży! Meandrit drzwi otworzy, co zwarte są na wieki. W kamieniu znaki wyryte. A światło płomieni rozjaśni oblicze śmierci! Słyszący uczynić musi. Zagadka w cieniu pozostać. Droga przebyta, śmiercią okupiona, krew pod kopytami, a szczęk oręża depcze ci po piętach.”


CYNTHIA – bohaterka z wątku pobocznego, na razie nie ma nic wspólnego z główną fabułą. Jak na razie jej historia jest krótka.
Cynthia to kobieta o nieco świńskim wyrazie twarzy i blond włosach upiętych gdzieś na czubku głowy. Niestety potrafi jeszcze bardziej odjąć sobie uroku żując, a właściwie młócąc tytoń.
Jej filozofia życiowa jej prosta: żyć i robić co się chce, usuwać tych, którzy w tym przeszkadzają.
Poznajemy ją, gdy udaje jej się uciec przed strażnikami próbującymi ją aresztować.
W drodze trafia do gospodarstwa, w którym chwilowo mieszka w zamian za pewne prace.


KRUKI - jest to grupa hm... pomocników? można chyba ich tak nazwać. W każdym razie pod osłoną nocy pomagają ludziom. Jak takie Robin Hoody, tylko bez kaptura i Sherwood. Przykład ich akcji mamy podczas uwalniania niewolników.

A więc oto cała historia, poobcinana do głównych wydarzeń i bardzo skrócona. Teraz dopiero widać jakie pierdoły musiałam powypisywać. Mam nadzieję, że ten długi wstęp nie zniechęcił Ciebie, drogi czytelniku, i mam nadzieję, że następująca notka również tego nie zrobi. Jest dość długa, ale tak jakoś wyszło.


A teraz zapraszam na kolejną część, zatytułowaną „Miasto Golemów”!


***



***




Yass dyszał. Nienawidził tego starucha. Nocami zastanawiał się jak to się stało, że to właśnie jego wybrano na Najwyższego Kapłana, Uniżonego Sługę Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie. Właściwie chyba sam sobie wymyślił ten tytuł.
Dół szat kapłańskich Yass miał zupełnie brudny. Błoto już zaschło na drogim materiale i teraz odłaziło skorupami.
Jeśli teraz ten stary obłąkaniec go oddali, to Yass chyba siłą mu wytłumaczy powagę sytuacji. Determinacja unosiła się nad nim jak stadko much i do tego brzęczała głośno, a zawzięta mina kapłana mówiła wszystko, więc wszyscy mnisi go omijali i schodzili mu z drogi.
Był tak spięty, że nawet nie miał jak się słaniać na nogach po biegu.
Zapukał stanowczo do drzwi. Nikt nie odpowiadał. Zamknął oczy, wciągnął głośno powietrze, policzył do dziesięciu i znów spojrzał na drzwi. Po raz kolejny zamknął oczy i liczył. Gdy skończył był już w stanie zmusić się do sztucznego uśmiechu. Tyle musiało wystarczyć.
-Dziadku! - zawołał od progu otwierając z rozmachem drzwi. Powiew zdmuchnął z biurka stertę papierów.
-Yass, do cholery! - staruszek miał rozczochrane białe włosy, a oczy wytrzeszczał jak mała małpka, która chciała orzeszka. Starał się złapać dokumenty – Ile razy mam cię prosić, żebyś respektował moją rangę?!
-Och, błagam... - jęknął młody kapłan wznosząc oczy do sufitu – Usiądź, skup się i słuchaj! - nakazał przełożonemu ostrym głosem. Staruszek zaniemówił. Po chwili usiadł niepewnie za biurkiem wybałuszając oczy jeszcze bardziej i ściągając usta w dzióbek.
-Jasne. – powiedział i zamilkł wyczekująco.
Yass westchnął. Potarł czoło dłonią. Przetarł lewe oko. Przełknął głośno ślinę. Rozejrzał się po pokoju. Odchrząknął.
-No i...? - zapytał zniecierpliwiony przełożony.
-No dobra już, dobra...! - chłopak nie wiedział od czego zacząć. Pomilczał jeszcze chwilę, ale gdy jego dziadek westchnął z niesmakiem, powiedział:
-Byłem w bibliotece.
-Och, no tak. - odparł staruszek kiwając z poważaniem głową – Wiesz... Mają tam książki. Tak słyszałem.
-Tak, kpij sobie ze mnie dalej! - Yass wybuchł i robił się czerwony na twarzy. Najwyższy Kapłan, westchnął tylko z rezygnacją i powrócił do papierkowej roboty. W końcu trzeba było jakoś napisać list do Ormantynek, a Yass nie wyglądał, jakby wreszcie zamierzał coś wydukać.
-Nie lekceważ mnie! - poprosił chłopak z drżeniem rąk. Rany, jaki on był wściekły! Normalnie żyły wychodziły mu na wierzch! A stary kapłan lubił się trochę ponaigrywać z żółtodziobów. Odłożył powoli pióro i ułożył mięśnie twarzy w Minę Słuchacza.
-Więc... Byłem w bibliotece... - chłopak podjął kolejną próbę.
-Tak, to już wiemy – oznajmił mu przełożony z szerokim uśmiechem niewinnego dziecka. Yass powstrzymał się od komentarza.
-Tak jak mi kazałeś. Myślałeś, że tylko mnie spławiasz, co? Że nic nie znajdę, bo jestem za głupi?
-Och, nie – zapewnił go kapłan – Gdybym stwierdził że jesteś głupi, to znaczyłoby, że ja też jestem. Nie zapominaj, że jesteś... em... krwią z mojej krwi! O! - zawołał unosząc palec w niebo.
-Ale nie myślałeś, że rzeczywiście coś znajdę? - upewnił się chłopak pochylając się nad stołem. Zbliżył swoją twarz do twarzy dziadka, aż słyszał jak starzec się poci.
-Eeee... Nie. - przyznał ten odsuwając się jak najdalej.
-A widzisz! - Yass oderwał się od biurka i zaczął chodzić po pokoju w tę i wew tę – A ja znalazłem! Ha! Ale co znalazłem?! O bogowie! - wykrzykiwał. Zamilkł na chwilę, roześmiał się ot, tak, po czym kontynuował – Wiesz co to?! - zapytał z szaleńczym wzrokiem machając kapłanowi przed oczami wisiorem, szybkim ruchem ręki zgarniętym z biurka. Staruszek patrzył na niego okrągłymi czami, a na jego twarzy zawitał szeroki uśmiech błogości. Niewiele brakowało, żeby zaczął się ślinić. Chłopak, dostrzegłszy to, schował szybko błyskotkę do kieszeni.
-Pytam, czy wiesz co to?! - wrzasnął na mężczyznę przed nim. Ten potrząsnął tylko głową, jakby chciał obudzić się z transu i kazał mu powtórzyć.
-Nie wiem. - przyznał w końcu unosząc ręce w geście bezradności.
-To jest... - Yass zrobił dramatyczną przerwę – MEANDRIT!!! - ryknął.
-Ha! Doprawdy, musiałeś tego szukać w bibliotece? Może jednak jesteś głupszy niż mi się zdawało... - westchnął kapłan z rezygnacją – Przecież ta starucha, świętej pamięci zresztą, sama ci to powiedziała zanim umarła, tak? - przypomniał wnuczkowi.
Yassa zatchnęło. No tak. Mówiła.
-Jednak myślę, że to nie Meandrit. - orzekł z uśmiechem Najwyższy Kapłan.
-Ale jak? Przecież... - zaczął chłopak z miną tępego niezrozumienia.
-Chłopcze, on nie istnieje. Swego czasu nawet trochę czytałem, więc co nieco wiem o tym świecie. I takie rzeczy nie istnieją.
-Skąd wiesz?
-Ludzie szukali ich setki lat! Magowie, kapłani, naukowcy i inne łobuzy... - tłumaczył przełożony ze stoickim spokojem.
-Och, jasne. Może ktoś go znalazł i nie chciał oddać? - zapytał Yass. To była jego ostatnia deska ratunku.
-Niby kto? - kapłan miał już powoli dość tej bezsensownej dyskusji.
-Ormantynki, ot kto!
Stary kapłan podrapał się po łysince i zaklął. Ten skubaniec mógł mieć rację. Zażądał od niego medalionu i ruszył do biblioteki.



***




-Hej, hej! - zawołał strażnik machając im przed nosem halabardą. Konie same się zatrzymały. Waganci westchnęli tylko – Nie tak szybko, bo porachuję wam kości! - zawołał zuchwale. Ale przejezdnym jakoś nie chciało się w to wierzyć. Mężczyzna był chudziutki, pancerz wisiał na nim jak na wieszaku, a halabarda była lekko pordzewiała. Tak, to był żywy przykład zakały straży. Oni zawsze stali na warcie przy bramach, tam nigdy nie było za wiele roboty, więc nie przeszkadzali poważniejszej straży, a gdy było oblężenie i tak zjawiało się wojsko, więc właściwie pobierali tylko opłaty. Nie było to skomplikowane zadanie, więc odważono się je powierzyć właśnie im, za skromną opłatą.
-Pinionszki proszę – powiedział strażnik z rozbójniczym uśmiechem.
-Proszę, bierz swoje pinionszki! - odparł Marcelus wygrzebując drobniaki z mieszka.
-Same drobne? - zawołał chudzielec z pretensją w głosie – Co mam niby z tym zrobić?
-Zapewne zdasz to potem do kasy miasta, zgadza się? - zapytał go Wilk nachylając się nad nim z konia. Z tej perspektywy był całkiem groźny, jak osądził wartownik.
-Och, jasne! - zapewnił szybko – Ale muszą panowie pozwolić na rewizję. O, i panienka też.
-Byle szybko – nakazał sucho Asha zsiadając z konia. Dwóch kolejnych strażników wychynęło z cienia bramy. Mieli niekompletne pancerze, byli niedogoleni i zwyczajnie grubi. To świadczyło o tym jak wiele mają pracy i jak się do niej przykładają.
Najpierw mężczyźni obejrzeli podróżnych, potem dobrali się do juków. Poszturchali je, pozaglądali, brzdęknęli lutnią Marcelusa. Oznajmili, że wszystko jak najbardziej w porządku, znów schowali się w cień i pociągnęli po łyku z jakiejś niezidentyfikowanej butelki.
-Najwyraźniej jesteście czyści... - mruknął niezadowolony chudzielec schodząc im z drogi – Prosz, możecie wjeżdżać.
Kopyta zastukały na ubitej drodze i jeźdźcy przekroczyli bramę. Im bliżej byli centrum, tym robiło się bardziej tłoczno, jednak ludzie schodzili im raczej z drogi.
Athe rozglądała się wokół. Miasto było pomarańczowe! Wszystko, dosłownie wszystko zbudowane było z cegły, a droga była z wysuszonej, ubitej gliny. Kiedy zapytała o to Marcelusa, ten jej wyjaśnił:
-Na początku była tu wioska ceglarzy. Wszyscy mieszkańcy zajmowali się wydobywaniem gliny i wypalaniem cegieł. Kiedyś w te okolice zajechał całkiem spory oddział królewskiej jazdy. Mieli czekać na rozkazy, jednak te nie przychodziły. Ceglarze zaś zbudowali im domy z cegieł, żeby nie musieli mieszkać w namiotach, a w zamian żołnierze bronili ich przed wilkami i polowali. Zamieszkali tu, zżyli się z mieszkańcami wioski, a rozkazów wciąż ani widu, ani słychu. Więc zostali tutaj, wzięli żony spośród córek ceglarzy i tak połączyli się w jedną społeczność. Razem pracowali na to miasto i oto jest! Jedno z największych miast w kraju! Nazywają je Miastem Golemów, bo kiedyś jakiś szalony mag próbował ożywić takie stwory z gliny znajdującej się pod fundamentami miasta. Dzięki bogom, że się nie udało...
Dziewczyna mruknęła tylko z uznaniem i rozglądała się dalej. Ani się obejrzała, a waganci zatrzymali się.
-To już? - zapytała zsiadając z konia.
-Tak, tu się zatrzymamy.
Athe spojrzała na szyld. „Dom róż”.
-Ładna nazwa, jak na karczmę - orzekła.
-To nie karczma – oznajmił Asha otwierając drzwi bez pukania i zapraszając ją gestem do środka. Spojrzała podejrzliwie w jego srebrne oczy, ale weszła do środka, a chłopcy za nią.
Uderzył ją słodki zapach perfum i róż. W każdym możliwym miejscu stały te czerwone, eleganckie kwiaty. Na stole przykrytym ciągnącym się po ziemi karmazynowym obrusem ustawiono misy z owocami, w oknach zawieszono ciężkie purpurowe zasłony, pozostawiając jedynie malutkie szparki, aby jakieś światło docierało do środka. Panował półmrok, a w powietrzu unosił się jakby słodkawy dym.
Wilk podszedł do baru w kącie i zadzwonił złotym dzwoneczkiem. Zaszeleściły koraliki i z sąsiedniego pokoju wychynęła kobieta raczej grubo przy kości. Włosy miała upięte w czarny, gruby kok, twarz obficie wypudrowaną, a czy podkreślone czarną linią. Ciężka karmazynowa suknia ciągnęła się po podłodze.
-Witaj, Madre! - powitał ją ciemnoskóry chłopak. Potężna kobieta zmierzyła go ponurym wzrokiem.
-Schudłeś – orzekła karcąco.
-Nie, wcale nie... - zaczął się niepewnie tłumaczyć Wilk – Tak się tylko zdaje!
Madre przeniosła wzrok na Marcelusa. Przyjrzała się jego szczupłej twarzy, zajrzała w zielone oczy, dokładnie zbadała gąszcz jego blond włosów, obejrzała ubranie.
-W ogóle o siebie nie dbasz! - fuknęła niezadowolona.
-Ehm, to nie tak... - bąknął speszony chłopak, ale ona już go nie słuchała i przeniosła wzrok na Ashę.
-Mój skarb! Jakie szczęście, że zupełnie różnisz się od brata! - zawołała z radością rzucając mu się na szyję. Rozczochrała jego czarną czuprynę, poprawiła lekko ubranie i westchnęła:
-Zawsze jak spod igły! Mój chłopaczek...! - i przyciągnęła go znów do siebie. Asha jęczał z braku powietrza. Za nimi Wilk i Marcelus zgrzytali zębami z wściekłości. O co tu chodziło?
Nagle drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wpadła jakaś młoda kobieta.
-Madre! Madre! - wołała z radością – Spójrz, Madre!
Kobieta potrząsała jakąś dziewczyną. Miała kasztanowe loki, rumianą buzię, piękną figurę i zalotne spojrzenie. Marcelus stał jak zaczarowany i wlepiał w nią wzrok. Dostał za to od brata płaską dłonią w twarz.
Gdy bracia się kłócili, Madre podeszła do dziewczyny. Obejrzała ją dokładnie, po czym zwróciła się do kobiety:
-Dziękuję ci, Luise. Możesz liczyć na dodatkowe wychodne!
-Dziękuję, Madre! - zawołała wniebowzięta Luise i cała w skowronkach, niemal w podskokach, udała się za zasłonę z koralików. Athe stała w bezruchu i zachodziła w głowę o co tu u diabła chodzi. Nie miała pomysłów.
-Nie jestem pewna, proszę pani... - powiedziała cichutko zawstydzona dziewczyna odgarniając niesforny kosmyk za ucho.
-Och, nikt nie jest pewny, słoneczko! - zapewniła ją kobieta. Ogarnęła dziewczynę ramieniem.
-Możesz tu zostać aż się namyślisz – dodała po chwili - Za miesiąc zapytam cię, co postanowiłaś, dobrze? Do tego czasu zapewnię ci dach nad głową i jedzenie. - tłumaczyła wyprowadzając gościa do drugiego pokoju.
-Dlaczego zawsze TY?! - do Athe docierały poirytowane głosy kłócących się wagantów – Nie wiem, ją zapytajcie! Dlaczego dałeś mi w twarz?! Żebyś się na nią nie gapił!!! Nic ci to nie da!
Nie miała pojęcia o co się kłócili. Nie chciała wiedzieć.
Jak się okazało mieszkało tu więcej dziewcząt. Trzy kolejne wbiegły do pokoju z piskiem i zaczęły ściskać z radości chłopców. A najgorsze dla Athe było to, że oni się ucieszyli! I to już przekraczała jej granice cierpliwości! Szybko o niej zapomnieli...
Przywitali się, żywo coś przedyskutowali i dopiero wtedy im się przypomniało. Spojrzeli na nią i przedstawili przyjaciółkom:
-Dziewczęta, poznajcie Athemie. Podróżuje z nami od jakiegoś czasu.
-Witamy, witamy! - zawołały.
-Athe, to Kokiko, Kimmi i Karamel – przedstawił je Marcelus. Niedoszła czarodziejka przyjrzała im się uważnie. Kokiko była niziutka i miała ciemne, długie, gęste, proste włosy, okrągłą buzię i czarne jak węgielki, malutkie oczka. Mogła za to pochwalić się pięknymi, obfitymi kształtami.
Kimmi miała czarne, falowane włosy upięte w tej chwili na czubku głowy. Mocno wymalowała szczupłą twarz podkreślając tym fiołkowe oczy.
Za to Karamel kojarzyła się Athemie z elfką. Była wysoka i szczupła, miała wspaniałą linię i puszyste, złote włosy opadające kaskadami na ramiona. Piękny uśmiech nie schodził z jej rumianej twarzy.
A wszystkie one ubrane były bardzo elegancko, w suknie według najnowszej mody prosto ze stolicy prawdopodobnie. I choć ich stroje niby nic tak naprawdę nie odkrywały, to były bardzo... wyzywające: głęboko wydekoltowane, z falbankami. Do tego obwieszone były pobrzękującą biżuterią.
-Będziesz z nami pracować? - zapytała nagle jedna z nich. Dziewczyna nie wiedziała co powiedzieć.
-Och, świetnie! - zapiszczała na to druga, trzecia ją tylko poparła. Cieszyły się we własnym gronie i dyskutowały.
-Pracować? - zapytała Athe w zamyśleniu.
-Nie, nie! Dziewczęta, ona nie do pracy! Ona jest z nami, jako gość! - Asha szybko próbował sprostować.
-Och, szkoda...
-Jesteście dziwkami?! - Athe chyba zrozumiała o co tu chodzi.
-Wolimy raczej określenie „towarzyszki dżentelmenów”! - mruknęła urażona Kokiko.
-Wy chyba nie mówicie poważnie! - ryknęła zaskoczona dziewczyna – Będziemy mieszać w burdelu?! - zapytała wagantów piskliwym głosem.



***




Cynthia otarła pot z czoła i spojrzała na słońce. Powoli chyliło się ku zachodowi. Jeszcze tylko kilka desek. Zważyła młotek w dłoni. A na początku pracy wydawało się, że jest taki lekki! Przyłożyła gwóźdź i wbiła ostrożnie.
Stukanie rozchodziło się po okolicy i ginęło na równinie. Owce na małym wzgórku beczały do wtóru.
Cynthia ostrożnie poszukała stopą pierwszego szczebla drabiny i zeszła powoli na dół. Tam już czekała na nią gospodyni z kubkiem świeżutkiego mleka. Kobieta pochłonęła go w mgnieniu oka.
-Dziękuję, że nam pomagasz – rzekła gospodyni z ciepłym uśmiechem.
-Dziękuję, że mogę tu mieszkać – odparła Cynthia oddając jej kubek. Stały chwilę w milczeniu.
-Gdyby nie ty, ta szopa pewnie by się do niczego nie nadawała po następnej burzy... - rzekła gospodyni, jakby do siebie – Dziękuję – powtórzyła i odeszła. Cynthia jeszcze chwilę patrzyła na swoje dzieło i poddawała je ocenie. Właściwie wyszło jej nie najgorzej. Może wytrzyma jeszcze do przyszłego roku.
-Mogłabyś jutro poprawić płot? - zawołała jeszcze za nią gospodyni wychylając się z okna.
-Oczywiście! - odkrzyknęła Cynthia z uśmiechem. Jak oni bez niej sobie radzili?



***




-Yass, pakuj się! - Najwyższy Kapłan wpadł do malutkiego pokoju wnuka i z biegu otworzył szeroko szafę. Chłopak stał z obojętną miną i patrzył jak dziadek wyciąga spod łóżka torbę i wrzuca do niej pierwsze z brzegu ciuchy. Mocno zaciągnął sznurki i rzucił mu nią w twarz.
-Dokąd jedziesz? - zapytał spokojnie oszalałego mężczyznę. Ten parsknął śmiechem.
-Ja? Ty! - wytłumaczył mu krótko. Yass pokręcił powoli głową.
-Nie, nie, nie... - próbował wyjaśnić – Ja nigdzie nie jadę – mówił powoli i spokojnie, żeby nie wyprowadzać przełożonego z równowagi.
-Jedziesz chłopcze, jedziesz... - starzec westchnął – O ile dobrze pamiętam, to to tobie ta stara wariatka wyznała, że „MUSISZ!!!” jechać, więc raczej tobie pozostawię to zadanie.
-Och, dzięki. Czuję się zaszczycony – rzucił sarkastycznie Yass.
Starzec nie zważał na niego uwagi i rozglądał się dalej po pokoju szukając przydatnych rzeczy. Szukał, i szukał, i szukał...
-Yass, jak ty żyjesz?! Tak bez niczego?!
-Dziadku... Tak żyje każdy młodszy kapłan w tym zakonie - wycedził przez zęby. Chłopak zaczynał się irytować.
-No nic, sam przyniosę ci resztę rzeczy... - sapnął Najwyższy Kapłan nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Wybiegł z pokoju i wrócił po dziesięciu minutach z nową, załadowaną po brzegi torbą.
-A teraz czas na pogadankę! - sapnął żałośnie i próbował spojrzeć wnukowi w oczy, ale ten udawał, że go nie widzi.
-Yass, chłopcze... wiem, że to z lekka żałosne, ale chyba trzeba to powiedzieć.
Westchnął teatralnie i zaczął:
-Kiedy byłem w twoim wieku, życie wydawało mi się piękne. Słońce, zielone wzgórza, przyjaźń, kobiety... Potem znalazłem tę jedyną, znalazłem dom, przyjaciół, miałem dwóch synów. I nadal uważałem, że to co dał nam Erlo jest piękne! Ciężkie, ale piękne. Ale potem zrozumiałem, że może jednak nie. - starzec westchnął i opadł na łóżko – Twoja babka zachorowała. Szukaliśmy lekarzy. Nie pomogli. Szukaliśmy znachorów. Nie pomogli. Magów nie szukaliśmy, bo byliśmy zbyt biedni. Ale oni pewnie też by nie pomogli. Jakąś pociechą miało być to, że moja synowa zaszła w ciążę. Nie, żebym ci ubliżał, ale wtedy byłeś dla mnie niczym, żadną pociechą. Rozumiesz, to była moja żona.... Umarła.
Yass milczał.
-A ja... Ja, jak ostatni tchórz, uciekłem. Zamknąłem się w świątyni, uciekłem od ludzi i starałem się zapomnieć o tym, jak wygląda świat.
Yass patrzył, jak jego dziadek zapada się w sobie, kurczy się w oczach. Zdawało się, że jego skóra zszarzała, zapał do życia zniknął. Aż go współczucie tknęło.
-Dlatego, chłopcze, uwierz mi – kontynuował cichszym już głosem – Kiedy wyjedziesz nie będziesz chciał już wrócić, bo świat mimo wszystko jest piękny. A nawet jeśli wrócisz, to nie jako kapłan, wierz mi. Tu i teraz żegnasz się ze swoimi obowiązkami. Ale to dobrze. Życie kapłana to zwykła wegetacja. - skwitował patrząc w przestrzeń pustymi oczami – Zwalniam cię z twoich obowiązku wobec zakonu i świątyni. - poinformował go z obojętnością patrząc w ścianę przed sobą.
Podniósł się powoli z łóżka i chudą, wysuszoną ręką założył wnukowi medalion na szyję. Yass go jeszcze nie widział w takim stanie.
-Pozwól mi jeszcze złożyć na ten medalion ostatnią modlitwę – szepnął i zacisnął dłoń na Meandricie. Jego usta poruszały się w bezgłośnym szepcie.
-Pamiętaj Yass, każdą modlitwę składaj na medalion. Zachodź do świątyń, niech inni też to robią. Będzie silniejszy – pouczył go jeszcze z dobrodusznym uśmiechem.
-A teraz idź – nakazał i wyszedł powoli. Yass już nie dyskutował. Przebrał tylko rzeczy z obu toreb i najważniejsze zapakował w jedną, wziął pieniądze ze skarbca świątyni i wyszedł, choć nawet nie miał konia.


***




-Uważasz, że to poniżej twojej godności? - zapytał ją ostro Asha. Był zły, widziała to w jego oczach.
-Nie – odpowiedziała uciekając wzrokiem – Jest w porządku – skłamała. Bo jednak to był problem. Czemu tu przyjechali? O co im chodzi? Czy oni tu... korzystają z usług?
Asha jakby usłyszał to pytanie.
-To nasze przyjaciółki. Kiedyś nam pomogły, gdy nie mieliśmy co ze sobą zrobić. Odwiedzamy je czasem – mruknął niezadowolony.
-Są... Przeurocze – bąknęła Athe. Zupełnie nie wiedziała jak ma się zachować. Spuściła wzrok i udawała, że próbuje sczyścić jakiś brud z ubrania.
Nagle usłyszeli podniesiony, przerażony głos Marcelusa:
-Nie, Madre, naprawdę! Już się kąpałem! Ale dziękuję, jutro z pewnością skorzystam! - po czym rozległ się nieco histeryczny chichot i trubadur wślizgnął się do pokoju. Odetchnął dopiero, gdy mocno oparł się o drzwi i upewnił, że kobieta go nie ściga.
-Znów to robi? - zapytał Asha z szerokim uśmiechem na ustach.
-Taki jesteś mądry? - warknął tylko jego brat, ale zaraz też się uśmiechnął. Potem wybuchli gromkim śmiechem. Athe błądziła wzorkiem od jednego do drugiego. ZNÓW nie wiedziała co się dzieje. W końcu zapytała, nie lubiła być niedoinformowana.
-Mamy tutaj taką nieprzyjemną sytuację... - zaczął Marcelus naukowym tonem.
-Kto ma, ten ma! - wtrącił Asha. Brat skarcił go wzrokiem, ale ten tylko wyszczerzył się bardziej.
-W każdym razie mamy tu taką nieprzyjemną sytuację, z której tylko Asha może być zadowolony – wytłumaczył, ale Athe to nic nie mówiło. Zrobiła pytającą minę, więc blondyn kontynuował:
-Według Madre, wielkiejejdziękizagościnęiwogóle, Wilk jest zbyt chudy, więc wpycha w niego tony tłustego żarcia dopychając kolejnymi tonami na deser, a ja nie dbam o higienę i chodzę brudny i obdarty jak żebrak, więc najchętniej by mi asystowała przy całodziennej kąpieli z bąbelkami – westchnął nad swoim losem – Rozumiem, że może być to przejaw troski, jednak nie mogę pojąć, dlaczego ten oto człowiek – wskazał palcem wciąż wyszczerzonego Ashę – jest jej pupilem. Asha zawsze dostaje dwa desery, herbatkę, najlepsze łóżko i wszystko o co poprosi! Madre najchętniej by go nie wypuszczała z objęć! - westchnął poirytowany.
-Nawet tak nie żartuj – powiedział grobowym głosem akrobata z twarzą poważną jak nigdy dotąd. Rozległo się pukanie do drzwi.
-W porządku?
Marcelus jakby się przykurczył.
-Och, tak Madre...! - odpowiedział – Asha mi pokazuje... ee... Jak czyścić uszy...!
-Oooo, tak... - podchwycił drugi – Dobrze mu idzie! - zawołał ubawiony.
Usłyszeli oddalające się kroki Madre. Marcelus teatralnie otarł pot z czoła.
-Asha, zbieramy się – zarządził trubadur, zabrał lutnię i w progu jeszcze zapytał:
-Idziesz z nami, Athe?


***



Kości toczyły się leniwie po stole. Zareth siedział w głębi pokoju skubiąc bródkę i przyglądał się grze niby od niechcenia, choć po prawdzie był bardzo ciekawy jak się wszystko potoczy. Za nim przykucnął Okeanis, smukły bóg mórz i z nudów podrapywał niektóre miejsca na swym ciele, które pokryte były łuskami, ale gdy Zareth fuknął na niego z dezaprobatą wlepił wodniste oczy w pojedynek. Quilla, bogini piękna i ulotnych miłostek nie zwracała na nich najmniejszej uwagi, tylko zapatrzona w pojedynek zastanawiała się w czyje ręce trafi pęknięta piękność. Miała nadzieję, że do Kasusa, on chociaż zrobiłby z niej jakiś pożytek!
Był jeszcze Dinnos, ale nikt nie zwracał nawet go nie zauważył. Bogowie najczęściej go ignorowali. Był chyba najmniej istotnym z nich. Dinnos czasem się tego wstydził, ale było bogiem dobrego obiadu. Reszta bogów najczęściej albo z niego kpiła, albo go udawał, żę go nie widzi.
Kasus rozłożył się leniwie na krześle jedną rękę opierając na oparciu zaś drugą dyndając swobodnie w powietrzu. Gdyby mógł, zapewne położyłby nogi na stole i przymknął jeszcze oczy, ale musiał się ograniczyć do zaledwie założenia nogi na nogę. Machał nią niespokojnie.
Restha pochylała się lekko nad stołem i mrużąc oczy myślała intensywnie. Kasus mruknął do niej:
-On i tak to zrobi, o Najświatlejsza...
Staruszka tylko machnęła ręką.
-To tylko kwestia czasu – zapewnił ją Szarlatan odsłaniając białe zęby w grymasie tryumfu. Restha uciszyła go ostrym spojrzeniem i przestawiła pionek ze stukiem. I był to dźwięk wojny.


***



Gdy Cargart przybył do domu księgowego by przejrzeć swoje rachunki otworzyła mu żona pracownika. Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.
-Pan pewnie do męża? - zapytała śpiewnym głosem, delikatnym jak samego anioła. Oparła się ręką o framugę i wygięła ciało w kuszącej pozycji, Cargart chwilę pożerał ją wzrokiem, ale po chwili się opanował.
-Męża nie ma, wyjechał. Ciągle wyjeżdża, w domu jest naprawdę rzadko – mówiła uśmiechając się znacząco - Ale jutro wieczorem powinien już być – poinformowała go.
Kupiec otrząsnął się i odpowiedział:
-Och, oczywiście, rozumiem. Przyjdę więc jutro, niech mnie oczekuje z rachunkami.
-Przekażę – rzekła, posłała mu kolejny uśmiech i zamknęła powoli skrzypiące drzwi.
Cargart w drodze powrotnej do domu przeklinał siebie w duchu. Miał przecież żonę i dzieci!


***



-I co, Restho? - zapytał z dumą Kasus – Blisko było, prawda? Na co tu zdrowy rozsądek, kiedy odzywa się instynkt?
-Na tym polega rozsądek, żeby się instynktom oprzeć – fuknęła staruszka rzucając kośćmi.


***



Marcelus zaczął śpiewnym głosem snuć jakąś pieśń o elfce, która taką miłością obdarzyła człowieka, że uciekła ze swojego kraju, od rodziny i przyjaciół, zostawiając za sobą piękno nieskażonego świata i szukała go wędrując przez ludzkie miasta. A brud, strach i zło wokół wyniszczało ją powoli i odbierało jej siły. Historia kończyła się tragicznie, gdyż delikatna elfka, choć odnalazła ukochanego, szybko zmarła, wyniszczona przez równie wyniszczony ludzki świat, a ten zostaje zabity przez wilki, gdy próbuje ją pochować w lesie za murami miasta. Ich ciała opłakuje jedynie pasterzyk, który w końcu pochował kochanków pod wierzbą.
Asha z Wilkiem dyskutowali o tym czego czarnoskóry chłopak dowiedział się w karczmach o sytuacji w mieście i ewentualnym magu. Wyszło na to, że do maga zajrzą jutro, dziś zaś trzeba zarobić, a że nie ma żadnych targów festynów ani innych okazji, to najlepiej zostać tu parę dni, żeby starczyło na dalszą podróż.
Tłum zaczął bić brawo i sypać pieniądze, po czym skandować „Kruki, Kruki!”. Trubadur zmarszczył się lekko nad lutnią i umęczonym głosem podjął:



Noc przeciemna
cienie długie
Księżyc śpiewa
cześć i chlubę
Kruk żałośnie
ból wykrzyczał
Gdy lud zaśnie
będzie ryczał
Ciemne głosy
ciemne twarze
Krople rosy
widzą straże
Głosy szepczą
głosy nocy
Kruki wesprą
lud niemocy



Śpiewał dalej i choć Athe podobała się pieśń, to nie poświęcała jej zbyt wielkiej uwagi. Zaczęła się ważna dla niej dyskusja.
-Kto jest najlepszy w mieście? - wtrąciła drżąc z podniecenia.
-Niejaki Adray, mawiają o nim Złota Rączka – zaspokoił jej ciekawość Wilk.
-I przyjmie mnie jutro? - dziewczyna nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Wreszcie, wreszcie jest! Jej mistrz i mentor, jego chwała spłynie na nią, na Athemie! Już widziała jak ją chwali za wspaniałe postępy, jak w końcu przyznaje, że uczeń przerósł mistrza! I ona w splendorze i blasku chwały przyjmuje podziękowania od kolejnych uratowanych miast i wiosek, kolejne nagrody za wielkie odkrycia i wkład w dziedzinę magii... Przeszedł ją przyjemny dreszcz.
-Zobaczymy, czy przyjmie. Mimo wszystko nie każdy jest naszym przyjacielem, a już na pewno nie mag – burknął ponuro Asha.
Marcelus zakończył pieśń cichym brzdękiem i podniósł się ze stołka. Z osowiałą miną przecisnął się przez tłum i z westchnieniem ruszył do najbliższej karczmy. Ludzie szczodrze sypnęli pieniędzmi.
-Znów się idzie napić? - zapytała w zamyśleniu. Asha i Wilk tylko pokiwali głowami.
-Czy to dla tego, że to WY jesteście... - zaczęła, ale przed końcem zdania oberwała bolesnego kuksańca od akrobaty.
-Łaskawie nie czyń tu rozgłosu, jeśli możesz – upomniał ją beznamiętnym głosem.
-Jasne. Ale jak to jest słuchać pieśni o sobie? - zapytała zaciekawiona.
-Asha, idź no pozbierać pieniądze – nakazał Wilk i chłopak pospiesznie się oddalił.
-Jak to jest? A jak myślisz, dlaczego Marcelus za każdym razem idzie się upić?
-Och, to dlatego? Ale mimo wszystko nie rozumiem... Jesteście uwielbiani!
-A słuchałaś w ogóle tej pieśni? - zapytał poirytowany – Grzechy swoje odkupić muszą, winy poczucie dla nich katuszą...
-Tego nie słyszałam – przyznała - Ale o jakie winy się rozchodzi? - zapytała wlepiając w niego zielone oczy.
Wilk poszukał wzrokiem Ashy i kiedy zobaczył, że pochłonęła go rozmowa z jakąś widocznie adorującą go dziewczyną przybliżył się do niej.
-Nie mów potem o tym, jeśli łaska. Asha chyba wyparł to z pamięci, w każdym razie nigdy o tym nie mówi i zachowuje się jak gdyby nigdy nic. Jakby nic takiego nie miało miejsca. Marcelus zawsze idzie się upić, gdy o tym śpiewa, a ja jakoś trwam i czasem tylko wspominam co było przed tym... - westchnął żałośnie. Athe wpatrywała się w niego z ciekawością, więc kontynuował.
-Wiesz, kiedyś wędrowaliśmy w czwórkę. Dlatego na początku nie chciałem, żebyś z nami jechała. Trochę się bałem, że historia się powtórzy... W każdym razie, podróżowała z nami przyjaciółka, Kleanta. Była najpiękniejszą dziewczyną jaką znałem, była wagantką i miała najsłodszy głos jaki kiedykolwiek słyszałem. Swoje skrzypce kochała jak nic innego i swoimi drobnymi palcami potrafiła wydobyć z nich takie dźwięki, jakich sami bogowie nie byliby w stanie stworzyć! Miała w sobie tyle gracji i wdzięku, a jednak zadawała się z nami – biednymi obdartusami, choć spokojnie by ją przyjęli do każdej bogatej trupy aktorskiej. Ale ona miała nieszczęście wybrać sobie nas.
Kolejne westchnienie. Chłopak przetarł oczy, Athe nie wiedziała czy z nerwów, czy chłopak ocierał nadchodzące łzy.
-Kiedyś byliśmy głodni, nie mieliśmy pieniędzy – kontynuował – I wystarczyło przeskoczyć mur pod osłoną nocy, prosto do sadu. Zerwaliśmy kilka jabłek i zaszliśmy dalej, po śliwki. I ktoś nas zauważył. Spuścili psy, rozdzieliliśmy się, każdy uciekał w inną stronę. Potem spotkaliśmy się za murem, ale Kleanty nie było. Czekaliśmy na nią do rana, ale nie przyszła. Ale już nie mieliśmy odwagi tam wrócić i odeszliśmy. A ona nie żyje. Śliwek nam się zachciało!
Czarnoskóry chłopak patrzył w przestrzeń nieobecnym wzrokiem i uśmiechnął się ponuro.
-Mimo wszystko są to miłe wspomnienia. Żal po stracie, owszem, ale cieszę się, że ją znałem.
-Kochałeś ją, prawda? - wypaliła nagle Athe zanim zdążyła się powstrzymać. Gdy tylko zamknęła usta zrozumiała, że to nie na miejscu.
-Wybacz, szybciej mówię niż myślę... - bąknęła tylko czerwieniąc się aż po czubki uszu.
-Nie, nic nie szkodzi – odpowiedział tylko chłopak uśmiechając się lekko – Tak, kochałem ją. Ta ognista kobieta z Merfenhau to właśnie ona.
Milczał przez chwilę, po czym dodał:
-Chodźmy się napić. A przy okazji może okiełznamy tego pijaczego idiotę.
I pociągnął ją w kierunku karczmy.



Gdy otworzyli drzwi od gospody uderzyło w nich gęste, zadymione powietrze przesiąknięte zapachem alkoholu i niemytych mężczyzn. A razem z powietrzem dosięgnął ich głos:


Gdy byłem na morzu i wicher dął
Deszcze zaciekłe szarpały mną


To Marcelus stał na stole i lekko przytupując śpiewał wymachując pustą szklanką w powietrzu:

Straszliwy sztorm i okrutny szkwał
Z najmłodszych majtków koszule rwał
Każdy marynarz o siebie dbał
aby jakoś przetrzymać szkwał!


Athe patrzyła na niego zszokowana, a Wilk tylko kręcił głową z niesmakiem. Nagle cała karczma ryknęła:

A potem grogu mała szklaneczka
Do zagryzienia bawola nereczka
I pieśń się niesie po łajby deskach
Kolejna szklanka już na nas czeka!


I znów Marcelus podjął sam, a podpici goście karczmy mruczeli mu do wtóru, niektórzy poklaskując, niektórzy potupując. Połowa sali zgromadziła się pod jego stołem.

A gdy napadli na nas piraci
Obdarli wszystkich z ostatnich gaci
I gdy już myśleli że mają nas
Kapitan wydał wreszcie rozkaz
Do broni, krzyczy, hej marynarze
Aby się bronić przed abordażem!


I znów sala zadrżała od radosnych głosów wykrzykujących refren.

A gdy po jatce do portu zawija


Marcelus kontynuował.

Statek nasz piękny, łajba straszliwa
Flaga wszem znana na maszcie łopocze
I już się schodzą dziewczyny ochocze
Każdy marynarz pannę swą ma
I łajba znów wesoło dziś gra!


Rozległy się wesołe okrzyki i gwizdy, a Marcelus tylko ukłonił się nisko na stole i nawet z niego nie schodząc skierował czerwoną twarz do młodej dziewczyny kręcącej się wśród gości z kuflami w rękach.
-Kolejkę wszystkim! - ryknął chwiejąc się lekko i znów zaczął śpiewać, gdy tylko dziewczyna zaczęła rozstawiać na stołach kufle pełne złocistego, spienionego piwa. Wszystkie głowy były skierowane na niego, a w całej gospodzie chyba nikt nie był dziś trzeźwy.

Mili państwo, kufle w dłonie!
Polkę czas zatańczyć z koniem!


Karczma ryknęła zgodnym śmiechem.

Białe myszki, hop! po stołach!
Tańczą w przepijanych kołach!


Śpiewał wesoło pokazując na stoły, a goście śledzili ruchy jego palców szukając białych tańcujących myszek.

A ten lisek co bez nogi
pokazuje Zośce rogi!

Wnet zalejmy trunków morzem
Wszystko co się ruszać może
Niech wypije, niech przypali!
Niech się z nami dobrze bawi!

Która dusza trzeźwa jeszcze
Niech wypije z nami wreszcie!


Śpiewał wymachując nowym kuflem piwa i wywołał śmiechy rozlewając trunek na najbliższych sąsiadów. Pociągnął solidny łyk.

Potem kimniem pod stołami
Razem z białymi myszkami...

Dokończył słabym głosem i runął ze stołu na twarz, a tłum złagodził jego upadek. Po chwili jednak wszyscy się rozsunęli i powrócili do swoich stołów porzucając zainteresowanie pijanym bardem. Wilk z westchnieniem podszedł do niego i podniósłszy go na ramieniu, zaciągnął przyjaciela do najbliższego stołu i jakoś usadził go prosto.
-Wodę, proszę! - zawołał do kelnerki podtrzymując głowę Marcelusa w pionie i gdy tylko dziewczyna przyniosła spory kubek wylał wszystko na ledwo przytomnego chłopaka. Ten naraz zaczął bredzić coś niezrozumiale i przecierać twarz rękoma. Wilk odwrócił się do przyglądającej się im kelnerki.
-Przynieś skwaśniałe mleko z czosnkiem i pieprzem oraz jakąś miskę i mokry ręcznik. - poprosił, a dziewczyna tylko skinęła głową i pobiegła na zaplecze, żeby po chwili wrócić ze wszystkimi komponentami. Wilk otworzył szeroko usta przyjacielowi, nakazał postawić miskę na ziemi, po czym wlał ciurkiem płyn w rozdziawione usta Marcelusa. Ten tylko jęknął cicho i potarł twarz ręką. Wilk wprawnym ruchem przechylił przyjaciela nad miskę i po chwili ten zwymiotował.
-O matko... - jęknął tylko i zwymiotował po raz drugi. Kropelki potu wstąpiły mu na czoło. Otarł usta wierzchem dłoni i głośno przełknął ślinę, potem podniósł się ociężale i odchylił głowę do tyłu, ale zaraz pożałował i po raz kolejny zwrócił do miski.
Kelnerka patrzyła na to z pewnym niesmakiem, ale też współczuciem.
-Już w porządku? - zapytał połykacz ognia ocierając bardowi czoło mokrym ręcznikiem.
-Taaa... - mruknął tamten – Chyba już nie będę rzygać – orzekł, po czym zadał kłam swoim słowom znów pochylając się nad miską.
-Teraz na pewno – zapewnił ocierając usta. Kelnerka spojrzała niepewnie na Wilka, ale gdy ten skinął głową zabrała miskę i odeszła. Wilk przecierał twarz przyjaciela mokrym chłodnym ręcznikiem. Marcelus wymruczał jakieś słowa podziękowania. Athe stała obok zupełnie bezradna i ze współczuciem patrzyła na kompana.
-Pomóż mi – poprosił Wilk, po czym zarzucił sobie ramię chorego na barki. Athe zrobiła to samo i razem wyprowadzili go w zmierzch.

Gdy dotarli na miejsce Asha pomógł im pościelić jego łóżko, opatulili go ciasno i zostawili w ciemnym pokoju, żeby się wyspał. A Madre znów miała powód do narzekań.



komentarze [8]

..:::Pod skrzydłami nocy:::.. >> niedziela, 22 czerwca 2008 21:24:36


Przyznam się do czegoś. Nie cierpię tego opowiadania! Znacznie bardziej podobają mi się wątki poboczne (czyt. Yass i Cynthia). Ciągnie się i ciągnie, a nie wynika z niego nic! Miałam plany, ale oczywiście plany zawsze legają (jak to się odmienia?) w gruzach, w każdym razie moje. Wiem co ma być dalej, jak się skończyć, ale to coś niestety nie może się zacząć! Jest jak mały kamień szlachetny - zbyt nieforemny, by z nim cokolwiek zrobić, ale zbyt mały, żeby go oszlifować.

Tak więc postanawiam obciąć fabułę, przyspieszyć akcję i doprowadzić to do końca jak najszybciej się da. Potem pewnie zacznę coś nowego, już piszę na boku. W każdym razie życzcie mi powodzenia. I mam nadzieję, że nie porzucicie mnie z tego powodu ;)

Pozdrawiam!


***




Cynthia otarła usta wierzchem dłoni. W buzi wciąż czuła okropny smak żółci. Zdawało jej się, że już nie ma czym wymiotować, ale i tak co kilka minut wstrząsały nią torsje. Powoli domyślała się, że nie za dobrze zna się na grzybach.
Nie była pewna co ze sobą teraz począć. W chwili obecnej nie miała ochoty na jedzenie w jakiejkolwiek formie, jednak wiedziała, że kiedyś w końcu jej przejdzie i będzie głodna niczym pies. Otarła rękawem kropelki potu, które wstąpiły jej na czoło obficie niczym gwiazdy.
Pociągnęła konia za wodze i chwiejnym krokiem ruszyła do przodu. Zwierzę powoli wlekło się za nią.
-Nie pomagasz, Kropek... - mruknęła tylko do niego z wyrzutem i pociągnęła raz jeszcze. Koń zrównał z nią krok.


***



Marcelus jęczał i wołał litości od towarzyszy.
-Chłopaki, błagam! - rzadko się zdarzało, żeby ten dumny i pewny siebie trubadur musiał się zniżać do błagań. Widząc taką desperacje w oczach i czynach przyjaciela grupa po prostu musiała się zatrzymać. Gdy tylko zeszli na bok jasnowłosy chłopak rzucił na ziemię matę, od razu się na niej położył i poprosił:
-Możecie teraz się oddalić...?
-Nie przesadzasz? - jego brat skrzywił się i rzucił mu obojętne stalowe spojrzenie – Mamy sobie rozbić drugi obóz?
-Ciszej... - upomniał go szeptem chłopak chowając głowę w rękach. Skulił się i udawał, że wokół nikogo i niczego nie ma, dopóki nie odeszli.
Asha odchodząc specjalnie starał się narobić jak więcej hałasu trzaskając gałązkami po stopami, szurając liśćmi przez co został trochę z tyłu, ale po chwili tylko machnął ręką i dogonił przyjaciół.
-Książulek się znalazł... - mruknął niezadowolony. Athe zastanawiała się, czy bracia rywalizują, są o siebie zazdrośni. W sumie mogło to być ciekawe do obserwowania, jak próbują się prześcignąć na różnych płaszczyznach.
Doszli do strumienia. Resztki słońca przeświecały przez liście delikatnie głaszcząc ich twarze. Asha rozłożył się na ziemi na plecach, podłożył ręce pod głowę i przymknął oczy. Odetchnął i zaczął się relaksować. Wilk natomiast ściągnął buty ukazując równie czarne jak reszta ciała stopy i zanurzył je w szemrzącej wodzie z szerokim uśmiechem ulgi. Athe po prostu oparła się o pień najbliższego drzewa. Zdążyła poprawić sobie ubranie, przeczesać jako tako palcami włosy, wymyślić co powie magowi aby ją przyjął do terminu, gdy już go spotka, i nie wiedziała co teraz ze sobą począć.
-Idziemy dalej? - zapytała więc z westchnieniem tym samym sygnalizując jak bardzo jest znudzona. Odgoniła komara brzęczącego złośliwie koło ucha i ziewnęła w oczekiwaniu na odpowiedź. Słońce zniżyło się na niebie, teraz przeświecało jej przez liście prosto w oczy.
-Nie idziemy... - mruknął Asha – Kiedy dotrzemy do Orowaru musimy być w formie, odpoczynek jest więc wręcz wyśmienitym pomysłem. Szczególnie dla Marcelusa. Rzadko miewa migreny, ale jak już, to jest burkliwy i wściekły jak osa, a najmniejszy dźwięk mu przeszkadza. Pomaga mu tylko mocny, głęboki sen, więc módl się do bogów, aby mógł zasnąć, żebyśmy mieli co jeść przez następne parę dni.
Wilk tylko pokiwał głową.
-Tak więc zrelaksuj się i korzystaj z tego, że możesz przez chwilę robić coś tak szlachetnego jak Nic.
Athe się zrelaksowała i po chwili zasnęła oparta o drzewo, ledwo siedząc. Głowa zwisała jej bezwładnie na bok, usta miała otwarte i chrapała wniebogłosy.
Asha i Wilk rozmawiali szeptem.


Było już ciemno, gdy dziewczyna się obudziła. Przetarła zielone oczęta i ziewnęła szeroko przeciągając się. Gdy rozejrzała się wokoło zauważyła, że jest kompletnie sama. Westchnęła. Tak właśnie o nią dbali. Chociaż czego można wymagać od wagantów, ludzi, którzy prawie nic nie mają na własność, o nic się nie troszczą i nie przywiązują się? Podniosła się, otrzepała i rozmasowała kark. Bolał gdy podnosiła lub spuszczała głowę. Syknęła ze złością. Szurając smętnie po ziemi ruszyła przed siebie, w stronę obozu.
Po chwili marszu doszła wreszcie do celu. Wszystko na miejscu: posłanie Marcelusa, konie przywiązane do drzew. Brakowało jedynie tych, co prowizoryczne obozowisko rozbili. Ogień się nie palił, nawet najmniejsza smużka dymu nie sączyła się z paleniska. Wokół było podejrzanie cicho. Sowa huknęła gdzieś nad nią.
Wyszła na trakt i szła przed siebie. Księżyc zza chmur spoglądał na Anastrię.
Były dwie opcje: albo ich spotka gdzieś po drodze, albo zwyczajnie zawróci.
I jakby na zawołanie dostrzegła gdzieś między drzewami niewielki ogień, dogasający już. Domyślała się, że to nie jej kompani, ale wiedziona ciekawością podkradła się do obozu i przykucnęła w bezpiecznej odległości chowając się za jakimś owocowym krzewem i przyglądała się bacznie. Obóz był całkiem spory. Chociaż ogień jeszcze dogasał, nikogo nie było, poza przysypiającymi wartownikami. Athe podsuwała się cichutko bliżej, żeby lepiej się wszystkiemu przyjrzeć.
Nagle ktoś zatkał jej ręką usta, a drugą przytrzymywał ją w pasie. Chciała się rzucać, krzyczeć, uciec, ale nie mogła, napastnik był silny. Udawało jej wydobyć się z siebie jedynie ciche pomruki. Usłyszała tylko jak ktoś syczy jej do ucha. Gdy się uciszyła poluźnił uchwyt.
-Oszalałaś? - zapytał ostrym szeptem. Dziewczyna odwróciła się i zobaczyła czarnego człowieka. Była pewna, że to nie Wilk, więc chciała uciekać, ale mężczyzna znów chwycił ją mocno. Athe rzuciła mu błagalne spojrzenie.
-Uspokój się! - syknął – Chcesz wszystko popsuć?
No tak! Teraz go poznała! Rzuciła się młodzieńcowi na szyję.
-Marcelus, nigdy więcej mi tego nie rób... - szepnęła wtulając się w jego płaszcz.
-Będziesz cicho? Hałasujesz jak smok...! - chłopak, nadal szeptem, robił jej wyrzuty czochrając blond burzę włosów.
-Czemu jesteś czarny? - nie zważała na to Athe, wycierając policzek pobrudzony jakąś mazią, którą był wysmarowany.
-Później, dziewczyno, później... - mruknął tylko trubadur – Na razie siedź cicho i nie ruszaj się stąd, błagam...
Rzucił jej ostatnie spojrzenie, ona przytaknęła i młodzieniec wyskoczył z krzaków cicho niczym kot i podkradł się do pierwszego strażnika. Zza pasa wyciągnął brudną szmatę i przyłożył ja mężczyźnie do twarzy. Strażnik nawet nie zdążył zareagować i momentalnie osunął się ziemię.
Athe przeniosła wzrok na drugiego strażnika. I trzeciego, i czwartego. Wszyscy omdleli. A więc teren czysty?
Wyszła z zarośli i idąc przez środek obozowiska rozglądała się wokoło.
-Pssst! - usłyszała z boku. Kolejna czarna istota – Asha – machała na nią ręką przywołując do siebie. Athe z uśmiechem, niemal w podskokach, podeszła.
-Czy ty naprawdę jesteś taka głupia, czy tylko udajesz?! - zapytał ostro chłopak i trzepnął ją ręką w potylicę. Athe nie lubiła gdy ktoś jest bezczelny, a tym bardziej, gdy ją bije, więc odwróciła urażona głowę.
-Słuchaj, to nie jest czas na obrażanie się. Przeszkadzasz nam, rozumiesz? - dodał Wilk z pretensją w głosie – Siedź tu cicho i nie wychodź, dopóki nie damy ci znać! - rozkazał jej tonem nieznoszącym sprzeciwu. Dziewczyna tylko mruknęła coś w odpowiedzi, ziewnęła i przykucnęła pod niebieskim namiotem. Była ciekawa o co chodzi.
Waganci, wciąż rozglądając się i zachowując największą ostrożność podeszli do wozów. Ludzie w środku zaczęli szeptać, ktoś próbował krzyczeć, ale szybko został uciszony przez resztę. Roztrzaskali zamki i ze skrzypieniem otworzyli drzwi. Nastała głęboka cisza, wszyscy starali się nie oddychać z obawy przed wykryciem, nikt się nie ruszał. Pierwszy ruch zrobił Wilk poganiając osłupiałych niewolników. Tak, Athe pamiętała z targu jednego z mężczyzn, starego już, ale starość nie tłumaczyła siniaków na całym jego ciele ani wychudzenia. Nie sprzedał się, więc nie jadł i nie omijały go baty. Ludzie są potworami, ot co. Athemie fuknęła pod nosem.
Niewolnicy wyspali się z wozów i pierzchli w las szeleszcząc liśćmi pod stopami.
-Athe, chodu! - usłyszała naglący głos jednego z kuglarzy. Zerwała się natychmiast z miejsca i popędziła za nimi. Tylko Asha został jeszcze na chwilkę, ale zaraz ich dogonił.
-Zostawiłeś? - zapytał go brat.
-Taaa... - odparł wypuszczając ze świstem powietrze. W milczeniu biegli dalej do obozowiska.
Gdy dotarli chłopcy zaczęli zbierać manatki i przyprowadzili konie.
-Nie zostajemy? - zapytała zdziwiona Athe.
-Chcielibyśmy jeszcze trochę pożyć... - mruknął Asha i kazał jej wsiąść na konia. Ruszyli galopem w stronę Orowaru.



***




W komnacie było ciemno. Tylko na suficie małe punkciki świeciły niczym odległe gwiazdy. Eframina knuła. Dla lepszego przepływu myśli ułożyła się wygodnie na szerokim łożu i zatopiła w miękkiej pościeli.
Knuła, knuła, i uknuła. Czuła się Wielka.


Kasus przyglądał się planszy i myślał. Myśli przelatywały przez niego niczym błyskawice.
-Serafina na pewno nie będzie się czepiać? - upewnił się spoglądając na pozostałych graczy. Skinęli głowami.
-A więc dobrze... Zabawimy się z nimi trochę, hę? - uśmiechnął się szeroko. Nie mógł nic im nakazać, ale mógł ich chociaż naprowadzić. Mógł też sprawić, że nie będą wiedzieli co się dzieje i to mu odpowiadało.
-Rozumiem, że będzie ci potrzebna? - zapytał z westchnieniem Restha podając młodzieńcowi pęknięty na przedzie pionek. Kasus wyciągnął chciwe ręce po figurkę. Staruszka zacisnęła na niej mocno palce i przyciągnęła z powrotem do siebie.
-Nie jestem głupia, Kasus. Jestem stara i to wszystko, ale nie myśl, że przez to wpadłam w otępienie. - ostrzegła go z młodzieńczym błyskiem w oku – Myślałeś, że tak łatwo ci ją oddam? - roześmiała się – Wy, młodzi, jesteście tacy naiwni...
-Wiesz Restho, że bardzo cię szanuję – odparł Kasus zręcznie ratując sytuację – Postrzegłem jednak twój podarek jako zwykły gest dobrej woli i przyjaźni – uśmiechnął się pod nosem.
-Dobra wola, jak najbardziej – Restha mu przytaknęła – Ale musisz na dobrą wolę zasłużyć, ot co! Może, na przykład, wygrasz ją ode mnie? Skusisz się?
-A niech mnie demony! - zawołał Szarlatan Szarlatanów i roześmiał się – Z miłą chęcią zagram, o Mądrości! Na jakich zasadach? - zapytał przysuwając się do niej i wpatrując jej się w oczy.
-Klasycznych, młodzieńcze. I zagramy w Elestarionie. - postawiła warunki i wyciągnęła do niego drobną dłoń. Kasus uścisnął ją z zadowoleniem i wyszedł rozradowany z komnaty. Przy stole zapadła cisza, ale po chwili przerwał ją Zareth, do tej pory milczący:
-To dobry pomysł? Ja bym mu nie oddał żadnego pionka... - rzekł drapiąc się po brodzie.
-Nie wiem czy to dobry pomysł, ale jestem ciekawa co wymyślił. Taka mała doza tajemnicy i ciekawości sprawia, że znów czuję się młodo! - orzekła z uśmiechem i zachichotała.


***




Cynthia jakoś przetrwała noc, a to w jej obecnym stanie był wielki sukces. A co się tyczyło obecnego stanu, to bardzo się poprawił. Poza bulgoczącym w okolicach żołądka głodem czuła się całkiem dobrze. I obiecała sobie, że już nigdy nie tknie grzybów.
Teraz siedziała na górze siana w stajni jakichś sympatycznych ludzi. Pozwolili jej zostawić konia i zaprosili na obiad. Chciała tylko odpocząć przed posiłkiem, ale gdy usłyszała piski myszy, zrezygnowała. Z żalem podniosła się z miękkiej sterty i wyszła na zewnątrz. Przeciągnęła się mrużąc oczy z nadmiaru słońca. Nie było gorąco ani duszno, jednak słońce świeciło, można by powiedzieć, okrutnie.
-Zapraszam, zapraszam! - zawołała puszysta gospodyni przez kuchenne okno – Trzeba jeść póki gorące!
Cynthia rzuciła ostatnie spojrzenie gospodarstwu. Stajnia ledwo się trzymała w pionie i podczas deszczu na pewno przeciekał dach. Płot wokół pola, na którym pasły się krowy był połamany i reperowany wiele razy, ciężko było znaleźć całą deskę. Malutkie poletka pszenicy i jęczmienia złociły się w słońcu, a za nimi, na zboczu, pasło się stadko owiec.
Wciągnęła w nozdrza ciepłe powietrze niosące ze sobą zapach ściętej trawy. Rzuciła okolicy ostatnie spojrzenie i weszła do domu. Był niewielki, ale przytulny. Na środku głównej izby stał długi stół, w kącie piec, pod sufitem przywieszono suszone zioła.
-Dziś przygotowałam baraninę z fasolą i ziołami, mam nadzieję, że ci zasmakuje – oznajmiła gospodyni wskazując jej krzesło. Cynthia usiadła, a pani domu przyniosła półmisek z obiadem. Jedzenia było mnóstwo i Cynthia zastanawiała się jak mają to wszystko zjeść. Po chwili jednak przestała się zastanawiać.
-Dzieci! - zawołał gospodarz przez drzwi. Był to mężczyzna w średnim wieku, w pocerowanej koszuli i wytartych spodniach. Krótkie czarne włosy przeplatały nitki siwizny. Utykał na lewą nogę, ale nie krzywił się ani nie narzekał. Przez cały czas się uśmiechał.
Dzieci wpadły do domu jak torpedy, z krzykiem na ustach. Rzuciły się przytulać i obcałowywać rodziców. Po chwili ci zdołali je uspokoić i każdy zajął miejsce przy stole. Gospodyni zaczęła nakładać jedzenie dzieciom. Jedna z dziewczynek, drobna, czarnowłosa o malutkich oczkach wpatrywała się w Cynthię uporczywie. Kobieta ignorowała to, gdy gospodyni nakładała jej porcję, gdy brała pierwsze kęsy. Ale w końcu musiała zareagować.
-Jedz, bo ci wystygnie – powiedziała. Nie mogła w to uwierzyć. Gadała jak własna matka! Co to w ogóle było za dojrzałe pouczenie?
-Twoja mama się napracowała przygotowując to dla ciebie. Okaż jej szacunek i zjedz to – dodała jeszcze. Teraz była zupełnie zaskoczona. Skąd jej to w ogóle przychodziło do głowy? Nie miała zielonego pojęcia. Ale dziewczynka zabrała się powoli do jedzenia. Widocznie Cynthia czasem potrzebowała wyrzucić z siebie jakieś pozostałe resztki odpowiedzialności, dojrzałości i pomyślunku. Normalnie wolała zostawiać je pod kluczem.
-Och, nie trzeba.. - westchnęła gospodyni ocierając najbliższemu malcowi buzię rękawem – Jesteśmy biedni, ale stół zawsze jest suto zastawiony, dla każdego starczy. Jeśli mała nie chce jeść, to nie musi, jak zgłodnieje, to jej podgrzeję. - powiedziała z uśmiechem załopotania.
-Kiedy byłam mała i nie chciałam jeść tego, co moja matka ugotowała, nie dostawałam już nic. Musiałam zakradać się na pole sąsiada i podkradać mu rzepę, żeby jakoś przetrwać do śniadania. A nienawidziłam rzepy. Ale to przynajmniej nauczyło mnie szacunku dla matki i jej poświęcenia dla mnie – oznajmiła Cynthia obojętnym tonem, ale po chwili dodała do tego ciepły uśmiech, aby nie wywołać wrażenia wrogości.
Dzieci patrzyły na nią jak zaczarowane. Matka spuściła wzrok, a ojciec przyglądał jej się z zainteresowaniem.
-Dokąd się udajesz? - zapytał po chwili milczenia.
-Nie wiem jeszcze, prawdę powiedziawszy – odparła wzruszając ramionami i wbijając wzrok w baraninę jakby szukając podpowiedz.
-Zostań tutaj, aż postanowisz co dalej – zaproponował mężczyzna wpychając sobie fasolę do ust – Zdajesz się być rozsądną osobą. A taka młoda kobieta jak ty nie powinna błąkać się bez celu po traktach. W dzisiejszych czasach nie jest to zbyt bezpieczne! - pouczył ją wymachując widelcem. Kawałek baraniny pacnął w czoło dziecko naprzeciw.
-Wybacz, synu.. - mruknął ojciec sięgając po mięso.
-Ale nie mogę tak po prostu na was żerować! - zaprotestowała.
-Och, nikt nie mówi tu o żerowaniu – zapewniła ją gospodyni wstając i kołysząc najmłodsze dziecko na ramionach – Jest tu mnóstwo pracy! Nie możemy sobie pozwolić na parobka, a mąż nie wszystko może zrobić sam. Ja za to nie potrafię i muszę się zajmować dziećmi, a szczególnie małym Perkiem – wytłumaczyła jej wycierając dekolt. Malcowi się ulało. Cynthia niezbyt lubiła dzieci - W zamian za parę prac, możesz tu zostać ile tylko zapragniesz!
Właściwie nie był to najgorszy pomysł. I tak nie miała co ze sobą zrobić, a znając tych błaznów strażników, czy jak ich zwać, nie będą się zbytnio przejmować poszukiwaniami. Parę patroli traktu i zapomną o sprawie. Trochę odsapnąć, przemyśleć wszystko, ułożyć plan... Cisza i spokój, jakich Cynthia dawno nie zaznała. Owce, zboże i dużo siana dla konia. Ciepłe posiłki przygotowane z miłością, dom pełen uczuć... Nie, stop! Przecież nie mogła stać się MIĘKKA! Tego byłoby za wiele. Musi tylko UDAWAĆ zwykłą, rozsądną podróżną, nie nią BYĆ.



***




Jechali w milczeniu. Oddalili się już dosyć od kupca, żeby zwolnić i odetchnąć, ale nikt nie miał ochoty na rozmowy. Athe bardzo chciała o coś zapytać, ale było jej zwyczajnie głupio. Choć z drugiej strony i tak uważali ją za kompletną idiotkę. Więc nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło: może przynajmniej się dowie.
-Ehm... - zaczęła zerkając z ukosa na Ashę. Ten tylko potrząsnął czarną czupryną i posłał jej puste spojrzenie. Przeniosła wzrok na jego brata. Jak oni byli podobni! Ale zarazem różni, co wprowadzało trochę mętliku w głowie. Bracia, ale jak ogień i woda.
Marcelus jechał przed siebie jakby w transie, rytmicznie wypychając konia do przodu, patrzył gdzieś na jego kłąb i chyba niewiele myślał.
Ostatnią szansą był więc Wilk.
-Wilku... - zaczęła znów. Chłopak tylko westchnął i warknął:
-Czego?
Athe trochę zbiło to z tropu, ale po chwili się pozbierała i wydusiła z siebie:
-Czy wy jesteście Krukami?
-Tak.
Dalsza podróż minęła w milczeniu. Aż do murów Orowaru, Miasta Golemów.


komentarze [3]

>> piątek, 6 czerwca 2008 16:05:27
***



Było już ciemno, waganci grzali się przy ogniu. Athe spała, a bracia wyglądali, jakby zaraz mieli do niej dołączyć. Tylko Wilk miał jeszcze szeroko otwarte oczy. Patrzył w ogień, w ukochane płomienie.
Gdy tylko wszyscy zaczęli pochrapywać, dmuchnął lekko w stronę ogniska, szepnął coś i w niebo posypały się iskry. Ogień zaczął przybierać kształty. Przez chwilę jakby nie mógł się zdecydować, ale w końcu wybrał. Ukazał Wilkowi twarz kobiety. Spojrzała na niego zalotnie i roześmiała się. Była taka radosna, promienna! Odwzajemnił uśmiech, a ona do niego mrugnęła. Podziwiał ją, gdy poprawiała włosy. Po chwili wzięła skrzypce. Wilk pamiętał te skrzypce. Kochał je niemal tak, jak ona. Zagrała jego ulubiony utwór, tylko dla niego, tylko dla jego uszu. Siedział i słuchał głosu ognia, zauroczony dźwiękami muzyki. Patrzył w płomienie i śmiał się do nich. Śmiał się do niej.


***



Athe otworzyła oczy. Wszyscy jeszcze spali, ognisko tliło się lekko, a smużka dymu unosząca się nad nim przywodziła na myśl kobiecą sylwetkę, ale zaraz zniknęła w promieniach wstającego słońca.
Ręka bolała. Wczoraj jakoś dała o sobie zapomnieć, ale w nocy usztywnienie się poluzowało, poprzestawiało i teraz było zupełnie bezużyteczne.
-Wiiiilk! -zawyła żałośnie.
-Czeeeegooooo?! - przedrzeźniał ją zirytowany chłopak podnosząc się powoli z posłania.
-Ręęęękaaa! - Atha podchwyciła.
-Aaaleee cooo z niąąą...? - Wilk chyba odzyskiwał humor. W przeciwieństwie do Marcelusa.
-Zamierzacie kiedyś przestać?! - zapytał ostro.
-Tak, jasne... - mruknęli tylko, a Wilk wszelkimi możliwymi gestami i minami próbował powstrzymać Athemie przed powiedzeniem tego co zamierzała. Oczywiście ta nie pojęła aluzji...
-Coś nie tak, Marcelus? - zapytała. Chłopak westchnął, mruknął, jakby skupił się w sobie i wybuchnął:
-Czemu?! Pytam: czemu?! Co ja takiego wam zrobiłem?! Za każdym razem to samo!!! Dlaczego wy ciągle to robicie?! Ja już po prostu nie mogę!!! - wywrzeszczał w niebo. Spojrzał na nią z wyrzutem i odszedł czochrając się po głowie.
-Migrena - wyjaśnił rzeczowo Wilk widząc rozdziawione usta Athe. Pokiwała głową ze zrozumieniem. Człowiekowi z migreną nie należało przeszkadzać.
Na palcach z Wilkiem oddalili się od obozowiska i poprawili opatrunek. Athe jęcząc, a Wilk cichając na nią uporczywie. Gdy skończyli usłyszeli wściekłe warknięcie Marcelusa.
-Ups. - powiedziała Athe krzywiąc się.
Uniosła twarz do nieba i postanowiła ustalić jego kolor. Babcia zawsze tak robiła, żeby ustalić pogodę. Podparła się pod boki i z zadartą głową wpatrywała się w nieboskłon. Był chabrowy czy raczej bławatkowy? Może jednak gdzieś zakrada się nuta lazuru? W każdym razie kolor był intensywny i chyba miał zamiar pojaśnieć. Więc padać raczej nie będzie.
Na trakcie zastukały kopyta. Dość liczne. Athe opuściła głowę i mrużąc oczy wpatrywała się przed siebie. Po chwili między drzewami zobaczyła dwóch jeźdźców, za nimi wóz, a potem drugi. Pochód zamykało kolejnych dwóch konnych.
-Stop, stop! - zakrzyknął ktoś z wozu. - Panowie, zaczekajcie, tylko udam się pod krzaczek, hihi! - poinformował wszystkich radośnie. Wychynął powolutku z wozu, jakby się bał że spadnie, sprawdził czy równo stoi na ziemi, po czym ostrożnie ruszył prawą nogę, za nią lewą, potem znów prawą, zachwiał się i zachichotał. Znów sprawdził przyczepność do podłoża, po czym powolnym krokiem, bujając się, odszedł na skraj lasu i długo opróżniał pęcherz pod rozłożystym krzakiem. Próbował przy tym śpiewać, jednak zrezygnował po chwili. W tym stanie mógł robić tylko jedną rzecz naraz. Wybrał więc podlewanie krzaka.
Athe go poznała. Nie dość, że przyprawił ją o kłopoty, to jeszcze sprzedawał ludzi. Oburzające. I on tak spokojnie lał sobie pod krzak! Athe zaczaiła się w bezpiecznej odległości i uniosła ręce ku niebu, aby zebrać moc. Czuła ją w sobie.
-Athe! Co ty robisz? - pytanie Ashy zniszczyło całe to uczucie.
-Zbieram moc – odparła próbując jeszcze raz się skoncentrować. Zamknęła oczy i zaczęła mruczeć, co według niej wspomagało skupienie.
-Ale jaką? - zapytał chłopak po chwili namysłu.
-No... Magiczną, rzecz jasna – powiedziała spokojnie, żeby nie tracić skupienia.
-Ale Athe... Nie jesteś czarodziejką – poinformował ją wzdychając z politowaniem.
-Ale czułam to! Czułam to w sobie!
-Ale co?
-Moc!
-Jesteś pewna, że to nie były gazy? - zapytał kpiąco.
-Aleś ty dowcipny... - mruknęła obrażona. Spojrzała jeszcze raz w stronę handlarza. Zniknął. Athe rozejrzała się dookoła. Kolumnada już zbierała się do odjazdu. Chciała za nimi biec, ale Asha ją w porę szarpnął za ramię.
-Co robisz? Trzeba im pomóc! To są ludzie, a on sprzedaje ich jak psy! - krzyczała szamocząc się niczym ryba w sieci.
-Wiem. Zadam ci tylko małe pytanie techniczne – poinformował ją – Jaki masz plan?
-Plan. - westchnęła patrząc w przestrzeń przed sobą.
-Tak właśnie. Plan, nic więcej. - przemawiał do niej uspokajającym tonem.
-Nie mam planu - powiedziała.
-Więc nigdzie nie idziesz – oznajmił jej z uśmiechem i zaciągnął pod namiot, posadził na ziemi, przyniósł wody i kazał ochłonąć. Kompan wytłumaczył jej, że taki panuje w tym świecie porządek. Jedni sprzedają, inni są sprzedawani i nie zmieni tego jedna mała, ludzka dziewczyna. Po chwili do kazania przyłączyli się również Wilk i Marcelus. Cóż to był za widok! Grupa wagantów, wyjętych spod prawa, umoralniała dobrze wychowaną dziewczynę!
Po około godzinie dyskusji na temat porządku tego świata, sprawiedliwości, a w końcu i przeznaczeniu zebrali się i ruszyli w dalszą drogę. Orowar był już niedaleko, został im jeden nocleg na trasie. Ta myśl wprawiała Athe w dobry nastrój: oznaczało to, że wkrótce spotka maga! Była pewna, że mężczyzna (tak, to z pewnością będzie mężczyzna. W bogatej szacie, o surowej twarzy, ostrych rysach, czarnych włosach i bródce, stalowych oczach badający dogłębnie świat spod czarnych jak obsydian brwi, a sam jego widok będzie sprawiał, iż ciało bezwolnie będzie się uginać w głębokich pokłonach, pełnych czci i uwielbienia, a on w zamian będzie ją traktował niemal jak córkę i przekaże jej całą swą mądrość, żeby mogła się stać panią żywiołów) oszołomi ją swoją potęgą.



***




Yass myślał o tym co znalazł. Księga była stara i zniszczona, niektóre kartki wypadały, inne były nadgryzione przez szkodniki. Jeden narożnik był nadpalony, a gdzieś rozlało się wino. Skórzana oprawa wytarła się już od tych wszystkich dłoni, które ciekawe były historii zawartej w tym dziele. Mimo wszystko tytuł na boku dało się jakoś odczytać. „Legendy Magii”. Księga traktowała o rzeczach, o jakich magowie zawsze marzyli, jakich jednak nikomu nie udało się znaleźć ani stworzyć. Cały rozdział poświęcony Kamieniowi Filozoficznemu, inny Słowom Duszy i rytuałom jej tworzenia, kolejny sercu jednorożca. Znalazło się również kilka stron na To. Yass zaczynał się bać. Skąd To się wzięło? Nie jest zwyczajnym zjawiskiem, gdy legenda ożywa. Kiedy nie można czegoś znaleźć od tysięcy lat, to naturalnym stanem rzeczy jest, że to nie istnieje i ktoś najprawdopodobniej sobie to wymyślił. Jednak ryciny i opisy Tego dawały chłopakowi znać, że może raz na milion lat takie rzeczy się odnajdują. Choć według księgi To nie było niczym groźnym, a raczej pomocnym, to jednak bał się. Dlatego, gdy dotarł do biura przełożonego ręce mu się trzęsły i serce waliło jak szalone.
-Dziadku! - zawołał w progu skacząc wzrokiem po całym pomieszczeniu. Nie było go. Wokół panował bałagan, na stole leżał stos papierów, wywrócony kałamarz zabrudził część dokumentów. Krzesło było przewrócone, a spod stołu dało się słyszeć jęk, a zaraz po nim rozradowane „Znalazłem!”
-Dziadku, w porządku? - zapytał troskliwie Yass. Staruszek ostatnio dziwnie się zachowywał.
-Tak, tak... - odparł zbywająco kapłan, masując się po głowie – Tylko spadło mi pióro, a pisałem list do Ormantynek. Wiesz... w sprawie ich kapłanki.
-No tak, no tak... nieprzyjemna sprawa – sapnął chłopak – Ale mam coś ciekawszego! - wykrzyknął z satysfakcją.
-Jeśli to ma tylko pogorszyć naszą sytuację, to lepiej nic nie mów... - błagał Najwyższy Kapłan, Uniżony Sługa Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie – Zawsze będę im mógł powiedzieć, że nic nie wiedziałem...!
Yass spojrzał w szeroko otwarte oczy dziadka. Oczy okrągłe, pełne smutku, błagalne. Mógłby im nawet ulec, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
-Nie, nie, nie! - wykrzyknął kręcąc głową – Tak nie może być, dziadku... - czochrał się w zastanowieniu.
-Chociaż z szacunkiem chłopcze... - mruknął niezadowolony kapłan.
-Najwyższy Kapłanie, Uniżony Sługo Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie – poprawił się od niechcenia – Tak nie może być! Nie możesz się wzbraniać, masz pewne obowiązki! - Yass trochę się nakręcił – Każesz się tytułować Najwyższym Kapłanem, Uniżonym Sługą i tak dalej, i tak dalej, a uciekasz od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Nie uciekaniem żyje człowiek! A już na pewno nie kapłan, który został wybrany na naszego przywódcę ze względu na swoją mądrość! - chłopak dyszał ciężko i mała żyłka pulsowała mu na szyi. Starca aż zatchnęło. Nie wiedział co powiedzieć. Po chwili jednak uśmiechnął się dobrotliwie.
-Yass, chłopcze... - położył mu rękę na ramieniu i ścisnął po ojcowsku – Właśnie zarobiłeś trzydzieści okrążeń dookoła świątyni, przez ogrody.
Kapłan zdębiał. Stał na środku komnaty i zastanawiał się co zrobić. Co chwilę mrugał bez zrozumienia.
-BIEGIEM!!! - ryknął przełożony. I Yass pobiegł.


***



Marcelus warknął. Athe przyglądała mu się od jakiegoś czasu. Wiedziała, że migrena to nic przyjemnego, ale w prost nie mogła go poznać. Na twarzy miał okropny grymas, był opryskliwy, a jego głos brzmiał szorstko i nieprzyjemnie. Na głowie każdy włos sterczał w inną stroną od ciągłego mierzwienia z furią mieszaną z żalem.
-Koniu, nie stukaj, błagam... - jęknął opadając wierzchowcowi na szyję i wpijając palce w jego grzywę. Zwierzę wszystko cierpliwie znosiło, szło powoli, miarowym krokiem, nie machało łbem. Jakby wiedziało, że bard tego bardzo potrzebuje. Mimo wszystko stukania kopytami nie mogło wyciszyć.
Marcelus jęknął.
Gdzieś niedaleko do lotu wzbiło się stado ptaków. Skrzeczących ptaków.
Któryś z wagantów kichnął.
Wiatr świszczał wśród drzew.
Konie stukały kopytami.
Marcelus warknął.


***



Cynthia rozejrzała się wokoło. Przemyślała już sprawę. Wiedziała, że musi zawrócić. Ale oczywiście nie po to, żeby dać się złapać. Co to, to nie! Ale skoro chcieli ją aresztować, to prawdopodobnie będą jej szukać i pojadą gościńcem w tę stronę. Wystarczy zwrócić się w zupełnie przeciwną i jej nie znajdą przez najbliższy rok. Rok to kupa czasu. Już zdążą o niej dawno zapomnieć i nawet jak spojrzy prosto w twarz tym dwóm zakutym pałom z oberży, to jej nie poznają.
Cynthia postanowiła tylko ominąć niewielkim łukiem oberżę i wszystko powinno być dobrze.
Zawróciła konia i pojechała zachód.
Było gorąco, chciało jej się pić, a jej żołądek wydawał z siebie żałosne pomruki świadczące o jego bezdennej i pustej głębi. Wjechała w rzadki las. Zatrzymywała się przy najmniejszym nawet krzaku malin czy grzybku. Koń, to miał dobrze, trawa była wszędzie, gdziekolwiek by nie pojechali. A ona musiała najeść się owocami i grzybami z ogniska. Na żadnego zwierza nie miała co liczyć. Nie miała łuku, sieci, kleszczy. Choć i tak nie umiała tego używać, czuła, że kiedyś coś by upolowała. Z nożem za pasem było to raczej niemożliwe. A padlina odpadała, aż tak nisko Cynthia nie upadła.
Siedziała więc przy ogniu, przeżuwała nieco przypalone grzyby i czuła się coraz gorzej.

komentarze [6]

>> wtorek, 1 kwietnia 2008 21:45:22

Dawno mnie nie było, oj dawno. Ale cóż... Mogę tylko prosić o wybaczenie i zaprosić na kolejną część!


***



Mergold lubił ciemność. Była subtelna, tajemnicza, wszechobecna. Sprzyjała wędrówkom i przebiegłym szatańskim intrygom. Była przyjaciółką, której akurat potrzebował. Z resztą wszyscy jej akurat potrzebowali. Zachowywali się jak dziki. Czyli głośno. Żadnej skrytości, czy czego podobnego. Gdyby nie piękne ciemności już dawno pewnie zostaliby wykryci. Mieli szczęście, wielkie szczęście. I jeszcze ten niewydarzony zleceniodawca. Ten zasraniec kazał się tytułować Panem Bez Twarzy. Pff... Ależ oryginalnie.... Aż dreszcze przechodzą.... Tym bardziej, że jego buźka raczej przykuwała uwagę. Ale cóż... Jeśli chce? On płaci.
-Au! - rozległo się gdzieś z tyłu. Mergold odwrócił się i zmierzył surowym wzrokiem chudzielca rozmasowującego swoją stopę. Bez Twarzy.... Phi. Wolałby robić akurat coś innego, choćby odwiedzić Różany Dom Panny Marianny przy ulicy Gibkiej Tancerki w Merfenhau, ale nie o burdelach i smukłych kurtyzanach miał teraz myśleć. Trzeba było obejrzeć Obiekt, wymyślić nieskomplikowany Plan i działać. Po chwili Plan już był, nieskomplikowany i taki sam jak zawsze. Wyskoczyć, złapać, związać, zabrać dziewuchę. Bułka z masłem, jak to się czasem mówi. Mergold nigdy nie zastanawiał się po co komu takie a nie inne zlecenie. Dziś zaczął. Po co może mu być ta dziewucha? Do oczywistych celów? Dla Mergolda oczywiste było: złapać, zgwałcić, zamknąć, zgwałcić, zamknąć, dać jeść, zgwałcić, zamknąć i tak w kółko, aż się dziewucha przyzwyczai i sama będzie się cieszyć, że ktoś do niej przychodzi, ewentualnie cztery „z”: złapać, zgwałcić, zabić, zakopać. Ale do tego mógł jakąś sobie złapać przy trakcie, a nie włóczyć się przez krzaki z wynajętą szajką. Tylko że ten szczurzy pomiot nie wyglądał jakoś na kogoś kto lubi brutalnie wykorzystywać baby. On wyglądał na kogoś, kto w życiu gołej kobiety nie widział. Chyba, że na obrazach. Pewnie nawet nie przechodził obok burdelu, a jeśli tak, to pewnie nie zauważył. Możliwe, że nawet nie wie co to.
Więc po co dziewucha? Może się w niej zakochał szaleńczą miłością? Nie, raczej nie... Może chce się na niej za coś zemścić? Może jest psychopatą i uciekł ze szpitala przy świątyni? Kto go tam wie...? Nie wiadomo co mu w tym łbie siedzi, ani skąd się wziął. Przyszedł, pokazał pieniądze, wyznaczył zadanie. Trza wykonać.
Wreszcie dotarli na miejsce. Prawie po cichu przyczaili się w zaroślach dookoła polany i przyjrzeli się jej dokładnie. Namiot, dogasające ognisko. O tak, straszliwa to forteca... Jakby Pan Łamaga sam nie mógł tam pójść i po prostu zabrać dziewuchy. No ale on oczywiście musi mieć imponujące wejście, prawda?
Mergold pociągnął nosem, charknął, podciągnął spodnie niemal po pachy i ruszył dziarskim, acz cichym krokiem do przodu wyciągając przed siebie rękę z drewnianą pałką. Używał pałki i sztyletu, bo nie był przecież mordercą. Tylko Specjalistą od Upomnień i Rozboju. Nie za drogim do tego, więc był idealnym pracownikiem.
Na polanę światło rzucał tylko księżyc. Światło sączące się delikatnie między liśćmi drzew. Mężczyzna sam sobie się dziwił, że zrobiło to na nim wrażenie. Zawsze miał się za niewzruszonego twardziela, a romantyków za największe szumowiny i żałosne próby bycia kimś. Teraz sam przez chwilę poczuł się jak romantyk, zachwycając się tym księżycem. Aż chciało się powiedzieć: „Kocham cię”. Na szczęście nie miał komu tego mówić, bo pewnie gdyby tylko znalazła się tu jakaś kobieta zaraz by jej to powiedział. A wtedy - żegnaj reputacjo! Byłby nikim.
Tak więc brak kobiety miał swoje zalety, prawda?
Ale Mergold musiał wrócić do pracy. Takie chwile przemyśleń były nie na miejscu w jego profesji, więc skupił wzrok na namiocie. Machnął ręką na resztę grupy i zaczęli się skradać. Było cicho i spokojnie, mógłby to właściwie zrobić sam. Wielkie podchody do nędznego namiociku... Tym bardziej, że Obiekt spał przed namiotem. To już naprawdę szczyt. Szczyt szczytów nawet. Bo co to ma być za akcja?! No ale może będzie chociaż pościg? Dla takich chwil, kiedy skacze adrenalina, Mergold żył. A tu co?! Nic!
Już nawet nie starał się być cicho. Po prostu podszedł do dziewczyny, zatkał jej usta ręką i ciągnął w stronę lasu. Ona w samoobronie bardzo zręcznie go ugryzła. Kopnął ją w brzuch. Krzyknęła. Nic skomplikowanego. Nagle wokół wybuchł ogień. Z płomieni wyszedł demon. W jego oczach skakały krwawe iskry, płomienie tańczyły wokół niego lizały jego sylwetkę, oplatały jego postać niczym kochanki. Zza niego wyskoczyły dwa diabły – jeden z migoczącym ostrzem w ręku, drugi z wachlarzem ostrych noży w dłoniach. Widział w ich oczach niejaką... żądzę mordu? Chyba mógłby tak to określić.
Głośno przełknął ślinę. Dziewczyna próbowała uciec, ale jakoś złapał ja za nogę i wyciągnęła się jak długa. Zaczął ją ciągnąc za sobą powoli się wycofując. Bał się. Po raz pierwszy naprawdę się bał. To nie mogli być ludzie, to upiory!
Usłyszał świst i ciach. Świst i ciach. Spojrzał pod nogi. Noże wbite w ziemię, zaraz koło jego stóp.
-Puść ją! - usłyszał melodyjny głos. Anioły śmierci. Ale nie puścił. Świst i mlask. Poczuł dziwne ukłucie w stopie, potem falę ciepła. Krew rozlewała się po jego bucie. Spojrzał przed siebie, na anioły. Nie zbliżały się do niego. Nagle demon uniósł ręce, płomienie buchnęły wyżej. Zobaczył w nich twarze wykrzywione w cierpieniu. Powtarzały wciąż to samo:”Odejdź, wypuść ją. Zostaw nas w spokoju!” Mergold rozglądał się nerwowo. Gdzie reszta? Chyba go nie zostawili. Usłyszał kolejny świst i brzdęk. Nożownik uniósł lewą rękę rozkładając wachlarz, jakby zasłaniał się przed wiatrem. Opuścił ją po chwili i spomiędzy noży wyjął bełt. Złapał go?
Ale najważniejsze, że są chłopaki! Już nie był sam... Oblizał spierzchnięte usta wykrzywione w grymasie obrzydliwego zwycięstwa. Świst i brzdęk. Kolejny bełt odbił się od wachlarza. Mergold usłyszał głuchy jęk dochodzący gdzieś z krzaków. Ojjj... Ktoś oberwał. Świst, brzdęk, jęk. Zobaczył krótki ruch miecza drugiego diabła. Zrezygnował z tryumfującej miny.
-Przestańcie! Przestańcie ich zabijać albo poderżnę jej gardło! - zawołał przerażony. Głos mu się łamał, ręce trzęsły. Wyjął zza pasa sztylet i przyłożył dziewczynie do gardła. Jęknęła ze strachu. Mężczyzna poczuł za sobą chłód. Ogień za nim cofał się. Więc on też zaczął się powolutku cofać. W końcu oparł się plecami o drzewo. Chwycił mocniej dziewczynę i praktycznie wtulił się w chropowatą korę.
-Poderżnę jej gardło, słyszycie?! - zawołał na kolejny jęk zaraz po świście i brzdęku.
Znów usłyszał świst. A stuk był jakby... za blisko? I takie dziwne ciepło... Nóż przyszpilił jego ramię do pnia! Bolało jakby strzyga rozszarpała mu bark. Puścił dziewczynę i chciał go wyjąć, ale nie dało się. Utknął, a wszystkie próby wyjęcia ostrza kończyły się eksplozją bólu. Dziewczyna splunęła na niego i zaczęła biec w stronę aniołów śmierci. Nagle ktoś wyskoczył na nią z płomieni. Złapał ją jeszcze w locie i razem potoczyli się po trawie. Znowu krzyczała.
Nożownik rozrzucił gwałtownie ręce na boki. Po lesie rozeszły się jęki. Jego dłonie były puste. Mergold wiedział co to znaczy. Z całej szajki zostało tylko ich dwóch. Pieniądze chyba w tym momencie delikatnie straciły na ważności. Krzyknął do tamtego, że ma ją zostawić i wiać. Nie zostawił, ale próbował zwiać. Niezbyt mądre posunięcie. Diabeł z mieczem podszedł do niego, szarpnął i zdjął kaptur.
-Ty?! - wrzasnął mu niemal do ucha, zataszczył pod namiot, rzucił na ziemię, kopnął solidnie w brzuch i ruszył w stronę Mergolda. Ostrym szarpnięciem wyrwał nóż z jego ramienia. Jęknął żałośnie.
-Wynoś się. Ale najpierw pozbieraj koleżków. Nic im nie będzie. - rzekł chłodno i zawrócił – I niech się zamkną. - rzucił na odchodnym krzywiąc się na jęki bandytów.
Mergold i jego koleżkowie wynieśli się pospiesznie.


***



Asha podszedł do mężczyzny leżącego na ziemi. Szarpnął go gwałtownie i podciągnął na kolana. Na jego twarzy malował się obrzydliwy uśmieszek. Z ust ciekła cieniutka strużka szkarłatnej krwi. Delikatnie odbijała światło księżyca. Chłopak szarpnął jego głowę do tyłu za włosy.
-Czego tu szukasz?! - wrzasnął – Czego od nas chcesz?! - przyłożył mu klingę do policzka. Wilk się uspokoił i pozwolił płomieniom wygasnąć. Marcelus czekał jeszcze z pozbieraniem noży. Podeszli do nich. Athe pozbierała się z ziemi i pustym wzrokiem patrzyła w ich stronę.
-Czego chcesz?! - wrzasnął jeszcze raz Asha.
-Niczego. - odparł spokojnie mężczyzna. Radory, poznała go.
-Jesteś sam? Czy w tych krzakach czai się jeszcze jakiś twój dobry kumpel?
-Zostałem tylko ja.
-Łżesz! - nie mogła za to poznać Ashy. Zwykle łagodny, uśmiechał się. Co z tego, że czasem trochę pokpiewająco? A teraz? Niemal piana mu się toczyła z ust, w jego oczach widziała furię. Mała żyłka pulsowała na jego szyi, kropelki potu ściekały po czole. Jego brat wyciągnął jeszcze jeden nóż zza pazuchy, zamknął na chwilę oczy wsłuchując się w las i rzucił. Należycie dało się słyszeć świst, stuk i jęk.
-Teraz jesteś tylko ty. - orzekł tonem znawcy, jakby liczył pęknięcia na starej wazie oceniając jej wartość. Radory prychnął.
-Czego chcesz? - zapytał Asha, tym razem niemal spokojnie.
-Domyśl się. - napastnik grał w głupią grę, balansował na niebezpiecznej krawędzi. Posłał jej długie spojrzenie. Odwzajemniła mu się najbardziej nienawistnym wzrokiem, na jaki mogła się zdobyć.
-Po co ci ona? - zapytał Wilk. Bardzo rzeczowo i w pełni spokojnie. Dyplomatycznym tonem.
-Z tego samego powodu co i wam. - odpowiedział rzucając każdemu spojrzenia spode łba.
-Ekhm... Że niby jak?!
-Jeśli wy ją macie, to ja też tego chcę. Nie włóczycie jej ze sobą z byle powodu. Na pewno jest jakaś magiczna czy coś. Zdolna i przydatna, i to wielce, jak znam życie. A trochę znam. Więc skoro wy ją macie, ja też chcę ją mieć.
-A może wolałbyś drugą bliznę? Do pary? - miecz Ashy wyraźnie mocniej został przyciśnięty do jego policzka.
-Dziękuję, obejdę się. - odparł odchylając lekko głowę.
-Gadaj, po co ci ona!
-Mówiłem.
Asha prychnął z poirytowaniem.
-Jesteś żałosnym śmieciem. Wynoś się. - pchnął go w krzaki i gonił jeszcze długo wysmakowanymi obelgami. Potem uśmiechnął się do towarzyszy i poszedł spać.


***



Zakonnicy bardzo się spieszyli. I nawet tupali z pośpiechu. Więc każdy mnich czy adept od razu usuwał im się z drogi. Było to bardzo logiczne posunięcie. Chyba, że ktoś chciał mieć duże kłopoty. Ale raczej brakowało chętnych.
Najwyższy Kapłan, Uniżony Sługa Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie był zdenerwowany. W jego umyśle szalała dzika, nieposkromiona burza, myśli niczym pioruny szalały, pojawiały się i znikały, błyskały gdzie i kiedy im się tylko podobało. Ale grzmiał tylko jeden grzmot. W kółko i wciąż od nowa. „Wojna będzie!”
Wpadł do komnaty jakby chciał wyłamać drzwi niczym jego ulubieni herosi, jak choćby Corr. Bardzo muskularny człowiek. Sam kapłan taki nie był.
Podbiegł do łóżka i podniósł rękę martwej kobiety. Niemal wsadził ją sobie do oka.
-Raz, dwa, trzy, cztery... pięć... - wysapał zrezygnowany – Yass, czy ja dobrze liczę? - zapytał jeszcze, chwytając się ostatniej deski ratunku. Właściwie to nigdy nie był dobry z arytmetyki.
-Najzupełniej.
-Może ty policz? Jesteś młody...
-Ale po co mam...
-Nie dyskutuj! To rozkaz! - krzyknął na progu załamania nerwowego, więc Yass zabrał się do liczenia. Policzył raz, i drugi...
-Wychodzi pięć jak w mordę, dziadku. To znaczy Najwyższy Kapłanie, Uniżony Sługo Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie. Pięć, ni mniej, ni więcej.
-Ups. - zauważył przełożony
-Zgadzam się. Ups, jak w mordę.


***



Cynthia siedziała w karczmie i przeżuwała. Można by nawet rzec, że młóciła. Tytoń oczywiście. Można pomyśleć, że takie zachowanie czyniło ją mniej atrakcyjną. To błąd. Cynthia i bez tego była nieatrakcyjna. Pulchna, ze świńskim noskiem sterczącym ze środka twarzy. Krótka blizna lekko podnosiła jej górną wargę. Blond włosy upięła gdzieś na głowie, nie ważne gdzie. Byle nie wpadały do oczu.
Mimo tego jednak nie należy Cynthii lekceważyć. Ma swoje grzechy, i to nie takie drobne. Powiedzmy, że po prostu korzysta z życia. Szkoda czasu na pracę, kiedy jest tyle rzeczy do zrobienia w tak krótkim czasie. Pieniądze najlepiej zwyczajnie komuś zabrać i jeszcze obić mu mordę. Taka filozofia. Jeśli ktoś zginie przy tym korzystaniu z życia, to trudno. Jak widać on sam nie umiał go dostatecznie wykorzystać, skoro dał się zabić. To chyba logiczne, prawda? Nie można ciągle baczyć na innych! O ciebie nikt się nie troszczy.
Cynthia wyciągnęła zardzewiały nóż i dłubała nim zawzięcie w stole. Już przedłubała połowę grubości deski, gdy nagle ktoś rzucił jej jakiś zapisany świstek pod nos. Podniosła wzrok i zobaczyła dwóch mężczyzn w cienkich wyszywanych przeszywanicach, z kiepskimi, poszczerbionymi mieczami przy pasach.
-Myślicie, że umiem czytać? Skąd żeście się urwali, błazny? - prychnęła i dalej dłubała w stole. Mężczyźni spojrzeli po sobie.
- Z rozkazu władcy, miłościwe panującego lorda von Wertla, jest pani aresztowana. Wszelki opór spotka się z przemocą z naszej strony, więc proszę nie robić kłopotów. Ma pani prawo wysłać gońca rodzinie oraz błagać lorda o ułaskawienie. - rzekł sucho jeden z nich.
- Choć jeszcze się to nie zdarzyło... - zachichotał drugi.
- Pani pójdzie z nami... - oznajmili jej.
- Jesteście tego pewni? - zapytała Cynthia i wbiła zardzewiały nóż pierwszemu w nogę. Przekręciła rozrywając mu mięśnie. Gdy zwijał się z bólu wyciągnęła jego miecz, chwyciła za ostrze i trzasnęła drugiego rękojeścią po głowie, żeby go ogłuszyć. Mężczyzna przewrócił się, ze skroni kapała mu krew, ale ona nawet tego nie zauważyła. Wyprysnęła z karczmy jak oparzona i dojrzawszy koniuszego z pięknym czarnych ogierem rzuciła w jego stronę miecz.
- Refleks! - krzyknęła. Zdezorientowany chłopak odruchowo złapał broń i zanim zauważył o co chodzi Cynthia siedziała już na koniu. Mrugnęła do niego zawadiacko i odjechała pełnym pędem.


***



Przełożony przeglądał rzeczy kapłanki. Nie było ich wiele. Mały tobołek i zniszczone szaty, które miała na sobie. A na szyi...
- O żesz... - jęknął. Myślał, że już nic nie jest w stanie go bardziej wyprowadzić z równowagi niż całe to zajście, ale jednak czemuś się to udało. Zabłyszczało do niego intrygująco zza kołnierza denatki. Długo potem przeklinał dzień, w którym ciekawość wzięła górę. Odpiął łańcuszek z szyi kapłanki i przyjrzał się medalionowi. Miał delikatny srebrny połysk, aż prosił się, żeby go zabrać. Wiedział, że nie powinien, ale po co on zmarłej? Wystarczy znaleźć dobre wytłumaczenie i...
- Nie możesz zabrać tego medalionu. - rzekł Yass rzeczowo.
- Ty akurat wiesz, co mi wolno, a czego nie! - prychnął jego dziadek. „Myśl, musi być jakieś dobre wytłumaczenie!”
- Tego akurat nie wolno nikomu! Pochowamy ją godnie, z wszystkimi jej rzeczami przy boku. - powiedział przemądrzale – I z medalionem na szyi! - dodał znacząco.
- Kiedy to specjalny medalion! - wyparował Najwyższy Kapłan, Uniżony Sługa Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie.
- Na prawdę?
- Ooo, taaaak... - rzekł niepewnie - Nie widzisz tej... magicznej aury? Aury, nooo... Ormanty? - starał się, żeby to zabrzmiało wiarygodnie. Raczej nie wyszło.
- Nie widzę.
- Oj, bo młody jesteś i głupi! - zawołał. Trzeba było ratować sytuację – Nie widzisz, że to medalion na choroby jest?
- Oooch, jasne... - odpowiedział chłopak z udawanym zrozumieniem. A może to był sarkazm? Kapłan pogubił się. On chciał tylko wisiorek, czy to tak wiele? Głupi wieśniacy przychodzili tu się modlić ale nigdy nie zostawili żadnej błyskotki... A stary kapłan lubił błyskotki.
- A co takiego konkretnie robi? - wypytywał chłopak dociekliwe.
- A poszukaj sobie! - burknął przełożony i wyszedł kiwając sobie medalionem przed nosem i coś do siebie mrucząc. A może do medalionu? Licho wie...
W każdym razie Yass nie był taki głupi, jak się Najwyższemu Kaplanowi zdawało. Poszukaj, to poszukaj. Chłopak wybrał się do biblioteki. Przez kilka długich godzić ślęczał nad księgami z uwagę przeglądając każdą stronę, na której mógł się znaleźć ów medalion. I znalazł.
- Meandrit. - przeczytał sobie na głos spoglądając na rycinę, dumny ze swojej sumienności, uporu i poświęcenia. Gdy przeczesywał wzrokiem tekst z każdą linijką oczy otwierały mu się coraz to szerzej i szerzej.
- O, tak! - zakrzyknął do siebie. Bibliotekarz zmiażdżył go spojrzeniem po czym ruchem dłoni wygonił z biblioteki. Yas tylko pokiwał głową z pokorą i wyszedł.


***



-Wy jesteście jacyś inni. - oznajmiła Athe przyjaciołom przy śniadaniu.
-Uhm. - mruknęli przeżuwając.
-Kiedy naprawdę...! - chciała, żeby jej posłuchali. Musieli jej odpowiedzieć na parę pytań, a tym czasem jedli sobie jakąś jajecznicę i pomrukiwali tylko.
-Uhm. - mruknęli znów.
-Przestańcie!
-Czemu? - zapytał z wyrzutem Marcelus, gdy już przełknął. - Chcesz, to mów...
-Bo wy jesteście jacyś inni!
-Konkretnie? - zapytał znudzony trubadur ładując sobie kolejny kęs do ust.
-Normalni ludzie nie robią takiego przedstawienia kiedy ich ktoś atakuje.
-Uhgm?
-Nie! - wykrzyknęła – Normalni ludzie się poddają i błagają o litość!
-Ufh humgh mhum! - wydał z siebie dźwięk Wilk.
-Co? - zapytała ze zdezorientowaną miną.
-Ale nie my! - powtórzył robiąc sobie przerwę w jedzeniu, po czym podłubał chwilę w zębach i znów zapchał się jedzeniem.
-Rozumiem, że jako waganci musicie umieć się bronić. Ale żeby rzucać nożami po ciemku? Odbijać bełty? Tworzyć płomienie z niczego?
-Bywa. - odparł Asha. Nie byli zbyt rozmowni. Athe westchnęła tylko ze zrezygnowaniem i również zabrała się do jedzenia.


***



Cynthia zsiadła z konia. Jakby nie patrzeć, zapadał już zmrok. Nie można było też powiedzieć, że w okolicy znajduje się jakieś miejsce na bezpieczny nocleg. Nie wspominając o zupełnym braku żywności.
Po przemyśleniu tego wszystkiego, Cynthia doszła do prostego i oczywistego wniosku: „Chyba tu, kurwa, zdechnę...”.
Jedyną pozytywną rzeczą było to, że noc była ciepła. Zakładając, że nic nie czyha w krzakach, można było jakoś zasnąć na brzegu lasu. A koń parskał usypiająco, przywiązany do drzewa. Cynthia zwinęła się w kłębek, ułożyła głowę na jakiejś naprędce zebranej kępie liści i powoli zapadła w sen. I był to sen przyjemny.



komentarze [6]

...:::Świątynna Tajemnica:::... >> czwartek, 11 października 2007 12:03:03
Cóż Wam rzec? Najpierw przeproszę za długą nieobecność. Miał być rozdział, ale zaczęła się szkoła i czasu mniej. Ale za to mam dal Was dłuższy rozdział i nowy wątek, który nieco urozmaici tę historię, która jeszcze nawet nie zaczęła się rozkręcać. Oj, wiem. Musi zacząć, tylko jakoś nie mogę do tego dojść :/ A plany mam wielkie, oj wielkie. Więc liczę na Waszą cierpliwość.
Ach, no i co jeszcze? Mam wiele wielkich planów. Wymyśliłam już tysiąc opowiadań i każde kolejne wydaje mi się lepsze od poprzedniego. Tak więc mam kilka zaczątków i nieudolnie próbuję je kontynuować. I kiedy historia o wagantach się skończy, szykujcie się na następne!




***





Estania przysiadła przy głazie, żeby osłonić się od ostrego północnego wiatru, jaki pędził przez trawiastą Alabastrową Równinę. Chciała skulić się, zamknąć na świat choć na chwilę. Po kilku minutach odpoczynku postanowiła jednak iść dalej. Dotknęła srebrnego medalionu na szyi i łza popłynęła po jej suchym, pomarszczonym policzku, ale zaraz wzięła się w garść. „Co za marnotrawstwo!” skarciła się „Szkoda, że nie mam już suszonych brukselek” dodała.
Marzyła o chociażby kropli wody, jednak ta już dawno się skończyła. Jedynym jej źródłem były krople porannej rosy na zielonych źdźbłach trawy. Brukselki też dawno się skończyły. A brukselki są dobre na wszystko.
Kobieta roztarła stare, zmęczone kości i zmusiła się do wstania. Mrużąc oczy dostrzegła na horyzoncie ciemną linię Puszczy Bahotów. Jeśli tam dotrze, to może nie umrze z pragnienia.
Estania pomodliła się szybko. Nie wiedziała ile czasu może jej zająć dotarcie do Puszczy, ale naturalnie była pewna, że im szybciej tam dojdzie, tym lepiej dla niej. Wobec tego zacisnęła zęby i ruszyła przed siebie.


***



Yass zamrugał. Od strony ołtarza biło jasne światło. Zresztą jak zawsze. Bardzo jasne, acz delikatne. Takie... niewinne? Nawet bardzo. I piękny Erlo Stworzyciel pośród blasku. Jedyny prawdziwie niewinny.
Spojrzał w prawo, na małą i ciemną kaplicę Eframiny. Spoglądała na niego z obrazu. Stalowe, wściekłe oczy śledziły jego ruchy, dzierżona w ręku błyskawica jakby lekko drżała. „Nadszedł czas... Czas na ciebie. I nie uciekniesz!” chciała krzyczeć do niego. Ale to jeszcze nie jego czas, wiedział o tym.
Niegdyś Erlo zapragnął ożywić Anastrię. Podziwiał jej piękno, jednak czegoś mu brakowało, tego, kto będzie mógł to piękno odkrywać. I wtedy postanowił zesłać na planetę swoje dzieci. Stworzył je ze światła i posłał na Anastrię, ale nie miały one duszy, wszystkie były takie same i czekały, aż świat do nich przyjdzie. I wtedy Erlo tchnął w nie życie, swoje życie. Oddał im swoją duszę. Tak powstali ludzie.
Erlo miał żonę, Eframinę. Piękną kochającą kobietę. Jednak odszedł od niej dla ludzkości. Ożywiając ludzi i wszystkie inne stworzenia zostawił ją samą, swoją duszę, którą obiecał ukochanej, oddał jakimś niedoskonałym stworom. Bóg umarł. Zostawił żonę zapłakaną, cierpiącą, stęsknioną. Lecz wkrótce potem zamieniła się w zimną i bezlitosną. Odbierała życie wszelkim istotom i robi to nadal w nadziei, że wróci to jej męża. Przychodzi, gdy jesteś słaby i nie stawiasz oporu. Przychodzi, gdy się jej nie spodziewasz, żebyś nie probował walczyć. Gdyby mogła, zabiłaby wszystko co żyje, ciskając gromy i sprowadzając na Anastrię ciemność, jaka nigdy nie spowiła planety. Ani jeden promień słońca nie przebił by się przez cień.
Jednak na straży życia stoi Weyuu, młodszy brat Erlo. On zrozumiał, że Stworzyciel już nigdy do nich nie powróci, więc postanowił pielęgnować to, czemu brat tak bardzo się poświęcił. Szanował jego decyzję. Codziennie budzi świat, wyrywa życie z rąk zrozpaczonej Eframiny. Nie każdego udaje mu się uratować, więc tworzy nowe istoty, aby to, co stworzył Erlo nigdy nie zniknęło z pięknej Anastrii.

Yass znów zamrugał. Dziś Weyuu znów był łaskawy, zabrał go ze szponów Eframiny.
Kapłan sięgnął pod ołtarz i wydobył zmiotkę z piór sójki, po czym zabrał się za oczyszczanie ołtarza z delikatnej porannej warstwy kurzu.
Godzina była wczesna, ale mimo tego usłyszał za sobą ociężałe kroki. Nagle poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. To jakaś staruszka wsparła się na nim. Spojrzała na młodzieńca zmęczonymi, złotymi oczami zasnutymi mgiełką, dotknęła swojego medalionu i zemdlała.


***


- A co to ma być?! - zabrzmiał oburzony głos. Osoby siedzące przy stole zamarły.
- Co to ma być, pytam się! - kobieta krzyknęła raz jeszcze. - Znowu gracie beze mnie?! Żadnego szacunku! Jestem wam równa! Żądam zaproszeń do gry!
- Ostatnio gdy graliśmy z tobą zabiłaś dla zwykłej zabawy jedną z postaci. - zauważył mężczyzna.
- Jedną z niewielu, które miały wpływ na mojego ulubieńca... - mruknęła staruszka gładząc palcami czarny pionek.
- Zabijaj sobie w zaciszu swojej komnaty, nie gdy gramy, bo nie o to chodzi w rozgrywce. - kontynuował mężczyzna. - Należy mądrze podejmować strategiczne decyzje i wprowadzać w życie małe części wielkich planów. Zabijanie to nie jest wielki plan. - Przybyszka zmrużyła oczy ze złości, podparła się rękami pod boki i odezwała się:
- Kasus! Powiedz im coś! - młodzieniec, który do tej pory siedział w bezruchu, pochylony nad planszą z przymkniętymi oczami, jakby był bardzo skupiony, drgnął nagle. Spojrzał w stronę z której dochodził głos i gdy zobaczył gościa wyprostował się. Chwilę pomyślał, po czym spojrzał na nią pytająco. Kobieta westchnęła.
- Nie podoba mi się, że dobrze się bawicie beze mnie. - powiedziała spokojniej.
- Eframino, jedyną chyba rzeczą, która cię bawi, jest odbieranie życia. Wybacz, że to powiem, ale nas to nie bawi.
- Zareth... - zaczęła miłym tonem, ale zrezygnowała – Restho... - ale staruszka odwróciła się – Kasus? - zapytała z nadzieją, ale młodzieniec zajął się swoimi paznokciami. - Nie, to nie. Łaski bez! - skwitowała bogini i wyszła z komnaty łopocząc suknią.
- Zabiła ją. Zabiła Kleantę. A to miała być ważna postać. Wiązałam z nią poważne plany. A ona ją po prostu zabiła... - wymamrotała Restha podnosząc kości. Już po chwili los toczył się ze stukotem po stole. - Zabiła. - powiedziała z żalem maleńka staruszka gdy kości się zatrzymały.
- Brakuje mi Erlo.
- Może zaprosilibyśmy Weyuu?



***





Kapłan siedział przy łóżku i wsłuchiwał się w płytki oddech staruszki. Każdy z nich mógł być ostatnim.
Młodzieniec rozsiadł się wygodniej i zaczął z nudów miętolić habit. Odmówił już chyba wszystkie możliwe modlitwy i nie miał już po prostu sił.
Nagle kobieta jakby zachłysnęła się powietrzem i usiadła. Yass odskoczył przewracając z hukiem krzesło. Spojrzały na niego puste, złote oczy. Hipontyzował go szybki, chrypiący oddech. Potrząsnął głową i spojrzał na staruszkę raz jeszcze. Sięgała właśnie za dekolt. Po chwili w jej ręce ujrzał srebrny medalion na delikatnym łańcuszku.
- Misja musi być spełniona... Taka wola... Złota Twierdza... Elestarion... Słuchaj jak Ormanta do ciebie przemawia... Elestarion. Musisz! Najwyższa komnata, w najwyższej wieży! Meandrit drzwi otworzy, co zwarte są na wieki. W kamieniu znaki wyryte. A światło płomieni rozjaśni oblicze śmierci! Słyszący uczynić musi. Zagadka w cieniu pozostać. Droga przebyta, śmiercią okupiona, krew pod kopytami, a szczęk oręża depcze ci po piętach. Pamiętaj synu Kerusa, brukselki są dobre na wszystko! - wykrzykiwała kobieta. Kapłan sięgnął do miski po okład, ale gdy kładł go na czole staruszki spostrzegł, że nie żyje. Westchnął ciężko i zamknął jej oczy. Nabożnie odmówił modlitwę, po czym chciał wyjść i poinformować o wszystkim najwyższego kapłana, ale po chwili zastanowienia podszedł ponownie do kobiety, podniósł jej dłoń i przyjrzał się jej dokładnie. Dostrzegł ledwo już widoczne tatuaże, niby pierścienie okalające każdy palec delikatnej, pomarszczonej dłoni. Zmrużył oczy, po chwili jednak otworzył je szeroko i wybiegł z komnaty jakby zaskoczony.



***




Waganci bardzo żywo dyskutowali o czymś, co Athe zwyczajnie nie interesowało, więc po jakimś czasie przestała próbować zrozumieć i zupełnie zgubiła wątek. Znudzonym wzrokiem spoglądała to na jadącego po damsku przez dokuczającą nogę Wilka, to na wyprężonego w siodle Ashę czy przygarbionego Marcelusa.
Myślała. I to jak intensywnie! A co wymyślała? Czary, moi mili. Czary, które w jej mniemaniu pozostały nieodkryte, póki ona o nich nie pomyślała.
Myliła się.



***




Yass wypadł zza rogu i zderzył się z kimś, ale nie zwracał na to uwagi, tylko pędził dalej. Pokonując wiele zakrętów, schodów, korytarzy i kolejnych schodów dotarł wreszcie do celu.
Spojrzał na potężne mahoniowe drzwi. Podniósł rękę. Najpierw się zawahał, jednak postanowił zapukać. Zapukał więc. Na wszelki wypadek cicho. Został jednak usłyszany i zaproszony do wnętrza tubalnym:
- Wejść! - w tej chwili kapłan pożałował, że przyszedł. Jakoś rozmowy z przełożonym zawsze go przerażały.
- Ojcze przełożony... -zaczął. Przecież sprawa była poważna, musiała więc zostać poruszona i dogłębnie omówiona.
- Z szacunkiem! - zagrzmiał głos człowieka siedzącego z biurkiem.
- Najwyższy Kapłanie, Uniżony Sługo Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie... - poprawił się chłopak.
- No, już lepiej. Ale nie bądźmy tacy oficjalni.
- Dobrze, eee...? Dziadku... - westchnął – Mamy mały problem. - dziadek spojrzał na niego pytająco – Pamiętasz może kobietę, która rano przybyła do świątyni?
- A.... Tak, tak... Coś tam było... - zamruczał do siebie.
- No to... Ona nie żyje. Zmarła.
- Więc pochować ja! Na co czekasz?
- Tu się sprawa komplikuje. Bo ona jest z zakonu Ormanty Zielarki... To znaczy była. - Najwyższy Kapłan, Uniżony Sługa Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie zaklął szpetnie pod nosem. Bardzo, bardzo szpetnie. Na głos powiedział tylko trzy słowa:
- Kurwa. Żartujesz chyba? - Yass nie wiedzieć co odpowiedzieć na takie brutalne słowa i z tej niewiedzy wykrztusił tylko:
- Eeee...
- Jakiej była rangi?
- No więc... Miała pięć pierścieni. - dziadek zbladł i zacisnął wargi. - Ale nie możemy być pewni, co to oznacza. To przecież kobiety, prawda...? Ich nie da się zrozumieć, wszystko robią inaczej.... - młodzieniec próbował ratować sytuację.
- Uwierz mi chłopcze, to jest prawda. - wykrztusił po chwili przełożony.
- Na pewno? Możemy zatrzeć ślady... - posunął Yass.
- Czy ty wiesz w ogóle co mówisz?! Kucharka zakonu Ormanty Zielarki zmarła w naszej świątyni! KUCHARKA, CHLOPCZE!!! Oj, będzie wrzało... Wojna się szykuje, Yass. Wojna powiadam!
- Ale to nie koniec... - przerwał mu jeszcze.
- Co?! - chłopak pokiwał głową. - O kurwa... - wymknęło się dziadkowi – Opowiadaj. - nakazał.
- No więc... Kiedy praktycznie jeden oddech dzieli ją od Eframiny nagle się podniosła. - przełknął ślinę, wziął głęboki oddech i kontynuował. - Ona mi powiedziała... Powiedziała tak: „Misja musi być spełniona... Taka wola... Złota Twierdza... Elestarion... Słuchaj jak Ormanta do ciebie przemawia... Elestarion. Musisz! Najwyższa komnata, w najwyższej wieży! Meandrit drzwi otworzy, co zwarte są na wieki. W kamieniu znaki wyryte. A światło płomieni rozjaśni oblicze śmierci! Słyszący uczynić musi. Zagadka w cieniu pozostać. Droga przebyta, śmiercią okupiona, krew pod kopytami, a szczęk oręża depcze ci po piętach. Pamiętaj synu Kerusa, brukselki są dobre na wszystko!” - zacytował teatralnie zmieniając głos na (według niego) siejący grozę.
- Oż kurwa. - najwyższy kapłan powtórzył sobie to słowo jeszcze parę razy. Chyba chciał je lepiej zapamiętać. - Wiesz o co jej chodziło?
- Coś tam było o Estarionie, Złotej Twierdzy, tylko że to cholernie daleko... - dziadek skarcił go wzrokiem za przekleństwo. Chłopak widocznie poczuł się zbyt pewnie. - Reszty nie rozumiem.
- A kim, na zgniłe wnętrzności Bahota, jest ten syn Kerusa?
- Yyyy... To ja, dziadku. Kerus, mój ojciec... Pamiętasz?
- Ach, no tak, mój syn. Tak, tak. Ale z szacunkiem proszę!
- Najwyższy Kapłanie, Uniżony Sługo Erlo Stworzyciela, Który Pełni Obowiązki Przywódcze W Świątyni i Całym Zakonie...
- Nie teraz! Teraz myśl jak wyplątać się z tego chędożonego bagna! Toż to koniec naszego zakonu... Wybiją nas, pieprzone zakonnice. Czy ty kiedy widziałeś kapłankę Ormanty w średnim wieku?! Kawał chłopa... Znaczy kobiety. - nagle przełożony zamilkł z konsternacją na twarzy, po czym wybiegł z komnaty nawet nie zamykając za sobą drzwi. Yass stał na środku jak słup soli, zupełnie nie wiedząc co ma zrobić. Biec? Chyba należałoby to zrobić. Więc wybiegł.



***




Athe ziewnęła. Słońce zachodziło z mozołem, jakby chciało jeszcze trochę popatrzeć na świat. Mrugało czerwienią do czterech jeźdźców dając im delikatnie do zrozumienia, że może lepiej już się zatrzymać, bo niebezpiecznie jest podróżować nocą. Ale jeźdźcy nie słuchali. Jechali do późna, aż nic nie widzieli i byli po prostu zmuszeni do postoju.
Rozbili pośpiesznie namiot, zawinęli się w koce i zasnęli spokojnym snem.




***




Teraz małe wyjaśnienia.

Puszcza Bohotów - jak sama nazwa wskazuje - puszcza. Mieszkają tam i chronią lasu Bahoty, czyli skrzaty (ale nie takie sobie malutkie, a za to bardzo wojownicze) ujeżdżające pumy. Raczej nikogo nie przepuszczają przez puszczę, więc lepiej ją omijać, ale zdarzają sę wypadki, kiedy pozwalają podróżować przez swój dom.


A teraz odnośnie kucharki. to mogła zabrzmieć dziwnie, więc wyjaśniam.
Kucharz, to najwyższy kapłan, który również jest kucharzem. Pełnie zwykłe obowiązki zakonnika, gotuje. Jest wielce ceniony, bo opracowuje potrawy, które sycą, ale też zawierają substancje, które np. poprawiają koncentrację, samopoczucie. Generalnie poprawiają żywot zakonników. Każdy z nich ma jakieś tajne przepisy, które pomagają kapłanom być bliżej ich bóstwa.




komentarze [20]

...:::Śmiech bogów:::... >> wtorek, 31 lipica 2007 14:47:42


Wybaczcie, za wszystkie zaległe rozdziały na waszych blogach wezmę się jutro, dziś już nie mogę. Pozdrawiam i miłego czytania!

***



Orkiestra świerszczy przygrywała każdemu jej krokowi. Każdy ruch wywoływał melodyjny szelest trawy. Przysiadła na wystającym, chłodnym głazie i wbiła wzrok w ciemną i tajemniczą przestrzeń przed sobą. Srebrzysty księżyc przyglądał jej się z granatowego nieba, a gwiazdy mrugały wesoło, jakby chciały jej coś powiedzieć.
Myślała o wszechświecie. Od małego wpajano jej, że planeta na której żyją, Anastria (z jęz. Neraldów „gwiazda życia”), jest okrągła. I ta oto wielka kula wypełniona w środku ogniem Zaretha ma zwisać na złotej nici z bezkresnej płachty nieba. Tylko zaburzenie ciągłości przestrzeni wokół Anastrii powoduje, że z każdego miejsca na planecie można zobaczyć złociste słońce, księżyc i gwiazdy, zwane też czasami duszami banitów, tych, których Weyuu nie przyjął do swego domu, ale nie zasłużyli na zesłanie w Czerń. Albowiem Czerń jest okrtuna. Zabierała duszom, jedyne co im pozostało. Wspomnienia i uczucia. Błąkają się w najczarniejszej Czerni, gdzie nie dociera żaden promyk słońca. Błąkają się same, nie wiedząc kim są, ani do czego dążą. Szukają czegoś co wypełni im świat. Nie... Stworzy świat.
Ale Czerń nigdy na to nie pozwoli. Bawi się patrząc na nie, na ich tułaczkę.
Zupełnie jak bogowie bawią się losem Athemie.
Spojrzała w niebo i Bogu winne gwiazdy ze szczerą pogardą.
Zabawa... Czysta zabawa, podczas gdy ona musi się szczerze martwić o swoje losy! Bogowie śmieją się. Tam, na górze. Śmieją się... Jakiż jej dowcip zrobili! Uziemili w lesie z bandą wesołych i chwilowo kalekich wagantów, którzy nawet nie mają żadnego celu! Nie mają planów! Idą, gdzie ich licho poniesie, albo Serafina im w ucho wyszepcze. Ta ich bogini! Chyba jedyna, która się o kogoś troszczy. „Może do Orowaru” mówią.
A bogowie się śmieją. Spoglądają z tego swojego lśniącego pałacu z marmuru, który zbudowany został niegdyś nad złotą nicią. Tam są bezpieczni. Czują się bezkarni i bawią się losami ludzkości. To tylko zwyczajne gry, z których większość mieszkańców Anasrtii sobie nie zdaje sprawy. I modlą się! Modlą się do bogów! Doprawdy, to już prawdziwa głupota. Bo oni i tak zrobią co chcą, a można im czasem podsunąć jakiś głupi pomysł.
Śmieją się... Śmieją się z Athemie. Śmieją się z wielkiej czarodziejki!


***



- Domyślna ta mała... Na prawdę, sam nie wiem co z nią zrobić... - Zamruczał cicho rosły mężczyzna.
- Och, mój drogi, ja myślę... - odpowiedziała mu malutka staruszka – myślę, że nie musimy się nią przejmować.
- Restho, chwała twej mądrości, którą darzysz ludzi, ale tym razem chyba jednak się mylisz. - dało się słyszeć czyjś wyraźnie znudzony głos – Ona wkrótce stanie się jedną z nich. Nie widzisz tego? A wtedy Serafina pozwoli jej robić co tylko zechce... - mężczyzna cmoknął – Twoje widzenie przesłonione jest pewnością siebie, mieszaną ze strachem. - stwierdził spokojnie. Staruszka przymrużyła oczy i spojrzała na niego nienawistnie. O, tak, był inteligentny. Podły szarlatan! - Czyżbyś bała się, że wszelka wina za to co zrobi ta istota spanie na ciebie? Sama obdarzyłaś ją inteligencją... - dokończył z drwiącym uśmieszkiem wyłaniając się z cienia. Podszedł do stołu i oparł się o niego smukłymi dłońmi. Jego piękna twarz... Tak piękna a zarazem zwodnicza.... Jego piękna twarz była wykrzywiona w podłym grymasie tryumfu.
- Umiem zapanować nad nią, zaufaj mi. Nie jest tak inteligentna, żeby oprzeć się moim podszeptom. - rzekła kobieta prostując się a jej oczy zapłonęły błękitnym ogniem – Ona nigdy nie będzie jedną z nich. Nie musimy się jej bać, ma jedynie tyle sprytu by zdawać sobie sprawę z tego, jaka jest bezsilna. I to ją zniszczy, uwierzcie mi. Nie jest żadnym zagrożeniem.
- Może zagrajmy dla rozładowania napięcia. - dyskusję przerwał ów rosły mężczyzna wspomniany wcześniej, bawiąc się swoją czarną kozią bródką – Myślę, że zaufamy Rescie. To tylko dziewczyna. Nie jest groźna. A teraz zapraszam, siadajcie. - uśmiechnął się i z kieszeni wyciągnął kości i położył na rzeźbionym stole. Przesunął po rowkach palcami i te rozjaśniły się od jego dotyku. Na stole widniały kwadraty a w niektórych z nich symbole w języku, jakiego nie znała żadna rasa Anastrii. Staruszka wydobyła z kieszeni cztery pionki wielkości dłoni i trzy z nich ustawiła na stole.
- Nareszcie nadeszła chwila, gdy możemy kontrolować choć jednego z nich... - zamruczała z zadowoleniem obracając w palcach ostatni, czarny pionek– Tutaj magia jego ludu go nie ochroni! - zawołała głośniej, stawiając pionek obok trzech białych. - na chwilę zaległa cisza.
- Zareth, może zaczniesz? - zaproponował zniecierpliwiony młodzieniec.
- Ależ owszem, jak zwykle. - mężczyzna z bródką spojrzał na niego wyzywająco. - Czyż kiedykolwiek było inaczej? Jakże miałbym nie zacząć gry, skoro gdyby nie ja, ta planeta by nie istniała?
Młodzieniec skulił się. Słowa Zaretha były tak ostre, że gdyby były nożem, leżałby teraz pokierszowany na podłodze a na jego twarzy nigdy nie zakwitł by już uśmiech, choćby najbardziej paskudny czy przebiegły. Skinął głową w milczącym szacunku.
- Tylko nie probuj oszukiwać! - ostrzegła go Restha.
- Nawet jeśli ośmieliłbym się oszukiwać, żadne z was by tego nie dostrzegło, choćbyście przyglądali się każdemu memu ruchowi. - Na szczęście mógł sobie jeszcze pozwolić na drwiący uśmieszek. Noża nie było. - Ja jestem Kasus, mistrz szarlatanów! - zawołał z dumą.
- Wiemy kim jesteś. - rzekł z irytacją Zareth rzucając kośćmi. „Aseat evino altare” - kości zostały rzucone. Nie uciekną przed przeznaczeniem.


***



Słońce przedzierało się przez powieki dziewczyny. Krwista czerwień przed oczyma obudziła ją. Ale nie chciała wstawać. Jeszcze nie teraz. Coś czuła, że za późno wróciła do obozu i teraz trudno jej będzie normalnie funkcjonować przez cały dzień. Jeszcze trochę snu, godzina choćby... Ale nie. Ktoś już biegał po obozie. Nagle poczuła kopnięcie w plecy a przed nią, na ziemi, wylądował Marcelus.
Spojrzał na nią uśmiechając się.
- A ty co tu robisz? - zapytał ze zdziwieniem.
- Nie wiedziałam, że mam rozbić własny obóz, myślałam, że mam zostać z wami... Dobra, już się zbieram...
- Nie! - zawołał rozbawiony chłopak – Źle mnie zrozumiałaś. Tu, czyli na dworze. Przecież rozbiliśmy namiot!
- Ach, no tak – Athe zrobiło się trochę głupio – Duszno było... więc postanowiłam spać na zewnątrz.
- Aha. No to... Zbieraj się, jedziemy dalej.
Athemie zgarnęła koc z ziemi, pozbierała wszystko co tylko mogła zabrać ze sobą i objuczyć tym konia i zaczęła się pakować. Nagle coś przykuło jej uwagę. Wilk kuśtykał po obozie. Niby normalne. Tylko... Jeszcze wczoraj nie mógł się podnieść. Gdy go oto zapytała, okazało się, że gdy ranę posmaruję się Serdith, przyspiesza to zrost tkanki.
- Aż czuję, jak mi skóra rośnie! - oznajmił.
- No ale... Skoro to takie silne, to czemu żaden lekarz tego nie używa?
- Waganci pilnują swoich tajemnic. - odparł z uśmiechem. Dziewczyna przyjrzała mu się dokładniej. Była jakaś zmiana, ale nie zdawała sobie sprawy jaka. Chłopak podrapał się po głowie patrząc na nią pytająco i wtedy ją olśniło:
- Co ty masz na głowie?! - zapytała trochę głośniej niż zamierzała. Wszystkie jego włosy były dość osobliwie poplątane. Wyglądały jak wielkie dżdżownice! Wilk jeszcze raz sięgnął do głowy i chwycił w dłoń jednego z tych robaków. Przyjrzał mu się, po czym rzekł:
- Dredy. To chyba normalne? Splotłem je w nocy, nie mogłem spać. - Teraz zauważyła, miał podkrążone oczy.
- Ale... Wilk, one wyglądają... no... jak obrzydliwe glizdy! - ryknęła na niego z obrzydzeniem.
- Przesadzasz. W moim plamieniu połowa mężczyzn nosi dredy. Nikt nigdy nie narzekał.
- Wilk, twoje plamię mieszka chyba bardzo, bardzo daleko... W życiu czegoś takiego nie widziałam. - stwierdziła. - Nawet nie wiedziałam że masz włosy tej długości!
- No widzisz. Otóż mam. - rzucił jej dość nieprzychylne spojrzenie, po czym odszedł zwijać namiot. Athe doszła do wniosku, że takim postępowaniem nie znajdzie nowych przyjaciół, a tym bardziej pozbędzie się tych, których jakimś cudem spotkała. Podziwiała ich za to, że jakoś z nią wytrzymują i jeszcze nie przegonili jej z obrazem Strażnika Światów w jednej dłoni i pochodnią w drugiej*.
Sprawdziła czy wszytko porządnie trzyma się siodła i rozejrzała się po obozie. Wszystko już było zapakowane, jedynym śladem ich obecności były popioły po ognisku.
Nagle poczuła głód. Wyciągnęła z sakwy kawałek chleba i pałaszowała go w milczeniu, niewidzącym wzrokiem patrząc przed siebie. Przed oczami mrugali jej waganci rozglądający się wokoło aby się upewnić, że nic nie zostawili. Ktoś ją szturchnął i kazał wskakiwać na konia, a ona już chciała to zrobić, gdy znów dała o sobie znać ręka. Stwierdziła, że sama nie wsiądzie, więc Asha musiał ją podsadzić i już po chwili ich konie kroczyły w stronę stojącego już wysoko na niebie słońca.


***

* W ten sposób można przegonić poltergeista, męczącego ducha, który płata figle i wszystkiego się czepia.

Strażnik Światów – pilnuje granicy między światem duchów, a światem żywych.

komentarze [19]

Ogłoszenie >> czwartek, 12 lipica 2007 10:22:28
Cóż... Miała być notka, ale przykro mi, nie wyrobię się. Jutro wyjeżdżam i już nie zdążę. Chciałam dodać, taki miałam plan, ale jak zwykle mój plan nawalił :/ Mogłabym jeszcze dziś popracować, ale nie mam czasu. Pakowanie itp. Więc adieu! Życzcie mi miłego wypoczynku z przyjaciółmi!

Wracam za dwa tygodnie!

I przepraszam autorkę Władcy Smoków , że nie zdążyłam przeczytać. Zabiorę się za opowiadanie jak wrócę, obiecuję ;)
komentarze [4]

...::: "Banda kaleków" :::... >> sobota, 16 czerwca 2007 13:02:42
No więc... Nota tradycyjnie krótka. Dopiero teraz, bo miałam problemy. Komputer strajkował i nawet rytualne modły nie pomagały :/ Ale co się będę rozwodzić, nikt tego nie czyta.
Zapraszam do czytania i komentowania!

***


- Pokaż... - kiedy podjechał, Wilk chciał usztywnić jej rękę, ale Athemie szybko się cofnęła.
- Już wolę to sama zrobić.
- Jedną ręką? Życzę powodzenia. - mruknął, wsiadł na konia i zwyczajnie sobie - odjechał.
Jeśli jej nie usztywnisz, możesz mieć powykręcaną do końca życia. - ostrzegł ją Marcelus i również odjechał. Jacy oni byli bezczelni!
“Phi! Oni mają mi mówić co mam robić, dawać rady i traktować jak dziecko?! Żałosne...” myślała szukając odpowiedniego kija do jako takiego opatrzenia ręki. Kiedy go znalazła wyjęła sznur z juków i spróbowała usztywnić rękę. Kolejne przeraźliwe i przepełnione cierpieniem “Auuuuuu!!!” rozdarło powietrze.

***


- Po co my to w ogóle robimy?! Ciągamy ją za sobą, jakbyśmy nie mieli nic innego do roboty! - Wilk był widocznie czymś rozdrażniony – Nic tylko się wymądrza! Po co nam ona?! Na nic się nam nie przyda. Nic nie potrafi dobrze zrobić, ale zawsze wszystko tylko sama i sama! Bo ona jest najlepsza! A co ona zrobiła dla nas?! Jest tylko nieznośna jak elfia wódka!
- Nie krzycz tak, uspokój się... A elfia wódka jest dobra. - próbował uciszyć go Marcelus.
- Jest obrzydliwa, ale już trudno. No więc powiedz mi: po. co. my. to. ro. bi. my? Przecież ta mała wiedźma jest tak irytująca, że...
- Cisza! - bard wydarł się na towarzysza – Daj spokój, nie wiem co cię gryzie, ale jakoś wczoraj nie miałeś nic przeciwko.
- Nie rozumiesz, że to dla mnie nie jest łatwe?! Znów będzie tak samo! Znowu....
- Nic nie będzie tak samo! To zupełnie inna osoba. Ona nie jest nią!
- Kiedy ja sobie obiecałem, że już nigdy nie będę podróżował po świecie z kobietą!
- To masz brachu problem, ale ona zostaje. - Marcelus brutalnie zakończył dyskusję i zatrzymał konia – Poczekajmy na nich lepiej, bo jeszcze się tam sama zabije tym kijem. - mruknął.
W milczeniu patrzyli jak dziewczyna próbuje usztywnić sobie rękę a Asha przygląda się jej z wyraźnym politowaniem.

***


- Czego tak się gapisz? Pomógłbyś mi lepiej... - mruknęła Athemie do Ashy, który przyglądał jej się z drwiącym uśmieszkiem.
- Czemu niby miałbym to robić? Jesteś przecież taka samodzielna.... - odpowiedział z przekąsem.
- W końcu to twoja wina!!!
- Moja?! - zawołał z oburzaniem - To ty we mnie wjechałaś z impetem jak wielkie stado mamutów! Phi... Wspaniały jeździec! Tylko tobie wydaje się, że jesteś mistrzem koni! Jeździsz jak ślimak moja droga... Wyprzedzam się z łatwością, a Marcelus i Wilk i tak są ode mnie szybsi! Więc to tylko i wyłącznie twoja wina. - podsumował.
- Niech ci będzie, że to moja wina... - przyznała z niemałym trudem - Ale mógłbyś mi pomóc? - dodała z niepewnym i dość krzywym uśmiechem.
- Nie. - odpowiedział chłodno chłopak.
- Czemu?! - zaczął ją irytować.
- Nie potrafię. - “Restho Wielka! Same łajzy...” pomyślała kręcąc głową i chciała wsiąść na konia, ale z jedną ręką połamaną jakby usiadł na niej krasnolud nie było to łatwe. Ruszyła więc pieszo, ciągnąc wierzchowca za sobą i dyndając połamaną kończyną przy boku, krzywiąc się lekko. Podeszła do Wilka, ładnie przeprosiła i zaczęła błagać o pomoc. Nie było to dla niej łatwe, ale dla dobra swojej ręki musiała się poniżyć i płaszczyć przed czarnoskórym chłopakiem. Ten westchnął, powiedział, że wzięła nieodpowiedni kij i zagłębił się w las w poszukiwaniu lepszego.
- Zaśpiewaj coś. - zaproponowała po długiej ciszy Marcelusowi, bo zupełnie nie wiedziała o czym z nimi rozmawiać kiedy będą czekali na powrót czarnoskórego przyjaciela.
- Nie mam nastroju. - odpowiedź była krótka.
- Proooooszęęęę! - Athemie nalegała bardzo wyraźnie. Trubadur miał taki miły, ciepły głos.
Wziął głęboki wdech, podniósł głowę, chwilę popatrzył w niebo, jakby się zastanawiając, wziął do ręki lutnię i zaczął głośno i energicznie szarpać struny, wygrywając jakąś skoczną melodię. Po kolejnym wdechu zwolnił tempo i zaczął pieśń:


Kiedy tylko świt powstanie
Ptaki zaczną swoje granie
Śpiewem przywitają dzień
Weyuu przyjdzie wśród tych pień
On pomoże kwiatom wstać
Radość z życia będzie brać
Przechodząc zbudzi cały świat
Ugnie się przed nim każdy chwat
Każda wody kropla czysta jak łza
Poranną pieśń dla niego gra
Każde życie wokół wyczuwa
Każdego wzrok mimowolnie przykuwa
Gdy Weyuu się wśród lasów przechadza
Nie ma siły żadna władza
Cały świat Życie czcić chce
Nawet jeśli byłoby źle
Bo Weyuu najważniejszy dar złożył nam
Możemy zapukać do jego bram


Kiedy jego głos ucichł jeszcze przez chwilę z uśmiechem delikatnie szarpał struny lutni, zamyślony, jakby ta pieśń przypomniała mu miłe chwile. Z zamyślenia wyrwał go Wilk, który ciężkim krokiem wydostawał się z lasu. Miał mizerną minę i lekko słaniał się na nogach.
- O Serafino! Wilk, coś ty ze sobą zrobił? Drzewa cię pokąsały? - zapytał z niedowierzaniem Asha. I wtedy zobaczył nogę przyjaciela - Co ty za żelastwo ciągniesz za sobą?! - zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć i w tej chwili czarnoskóry chłopak zemdlał na brzegu lasu. Asha i Marcelus rzucili się mu na pomoc, a Athe przyglądała się wszystkiemu z szeroko otwartymi oczami i ustami, zupełnie zdezorientowana.
- No i czego tak sterczysz?! Podaj bandaże, są w kieszeni siodła! - wyzwał ją jeden z nich. Szybko podbiegła do koni i zaczęła nerwowo przeszukiwać siodła. Ręka boleśnie dawała znać o swoim złamanym istnieniu. Dziewczyna znalazła niedbale zwinięte coś co kiedyś musiało być białe i rzuciła kompanom.
- Jeszcze wodę! I idź do lasu poszukać Serdith!
- Czego?! - odkrzyknęła zdziwiona wyciągając bukłak z wodą, nigdy nie słyszała o niczym podobnym.
- Szarozielone, duże liście i maleńkie niebieskie kwiatki! Szybko, nie ma czasu! - poganiali ją. Rzuciła bukłak i pognała do lasu.
„Szarozielone i niebieskie.... Szarozielone i niebieskie! Zaraz znajdę... Musi gdzieś tu być! Zaa.raz.znaj.dęę...” myślała sunąc przez las niemal nosem po ziemi. Niestety, wyraźnie Serdith jednak nie obchodziło co musi, bo nie nie było jej nigdzie. Złośliwość rzeczy martwych.
Dziewczyna wyprostowała się i rozejrzała po lesie z rezygnacją. Gdzieś w oddali zamajaczyła niebieskawa plama na polanie. Zaczęła biec po lekko bagnistym terenie w stronę polany. Gałązki szarpały jej twarz, liście szeleściły pod stopami.
Łup!
Athe zabolały plecy i zobaczyła korony drzew i błękitne niebo. No... Już nie tak błękitne, zbierał się chmury.
Ręka.... nadal bardzo bolała. Wstała, wzięła głęboki oddech, zacisnęła zęby i pobiegła dalej. Dotarła na polanę w całości zasłaną Serdith. „Nareszcie...” Chciała chwilę odpocząć, ale czas naglił, Wilk był nieprzytomny, Asha i Marcelus przerażeni i wściekli.
Czyli musiała sie spieszyć.
Zerwała roślinę i już chciała wracać, gdy zdała sobie sprawę, że nie wie która część rośliny jest potrzebna... Liście? Kwiat? Może korzeń...? I ile? Zerwała kilka garści, które tylko jej się napatoczyły w okolice rąk, na szczęście korzeń łatwo wychodził z ziemi.
Zerwała się z ziemi i popędziła przez las krzywiąc się z bólu, bowiem dyndająca ręka bolała, a do tego jeszcze ją spowalniała. Nie było łatwo, ale przecież nie chciała, żeby Wilk tam umarł! Przygarnęli ją i była im coś winna.
Kluczyła między drzewami aż w końcu ujrzała gościniec. Zobaczyła ognisko przy drodze i zawieszony nad nim na kiju kociołek. wilk był już przytomny. Podbiegła, podała Marcelusowi rośliny, a ten wrzucił je do kociołka w całości. Czyli potrzebne było wszystko. Dobrze, że pomyślała.
Spojrzała w ogień.
- Szybko rozpaliliście ognisko... - zauważyła.
- Bułka z masłem... - jęknął Wilk.
- No tak... Mistrz Płomieni, Tancerz Ognia... Czy jak się tam zwiesz... - na te słowa chłopak uśmiechnął się do niej krzywo. - Co się właściwie stało? - spytała.
- Wpadłem w jakieś zardzewiałe sidła. Trzeba mnie odkazić – parsknął. - Dzięki, że pobiegłaś po Serdith.
- Nie ma sprawy. Wy mnie przygarnęliście, więc muszę się jakoś odwdzięczyć.
- Obrazisz się, jeśli cię poproszę o coś jeszcze? - zapytał, ale przerwał mu Asha podchodząc z wygotowaną papką z zioła. Odwinął bandaż, obficie posmarował nogę papką o barwie, która nie wiedzieć czemu kojarzyła się z chorobą morską, i zawinął opatrunek z powrotem.
- To o co chodziło? - zapytała Athe.
- Mogłabyś rozbić namiot? Dziś raczej już chyba dalej nie pojedziemy...
- Mam złamaną rękę. - przypomniała.
- A... Racja. Przynieś ten kij co znalazłem, powinien być gdzieś po drugiej stronie drogi.
Przyniosła kij, który bynajmniej nie był wcale prostszy niż ten poprzedni, ale widać Wilkowi bardziej odpowiadał. Ręka została bardzo boleśnie nastawiona przy akompaniamencie wrzasków przepełnionych boleścią.
Tak więc wszystko zostało uporządkowane. Ręka i noga opatrzone, obóz rozstawiony, posiłek przygotowany.
- Banda kaleków... - podsumował z uśmieszkiem Asha cały dzień.
komentarze [15]

...:::Początek podróży :::... >> piątek, 11 maja 2007 19:10:18
Może zacznę od tego, że dziękuję tym, którzy tu zaglądają, a szczególne pozdrowienia ślę Liveili :*

Wiem, że piszę krótkie notki, ale na razie nie mam zbyt wiele czasu. NIedługo będzie go więcej!
Chociaż niewiele osób czyta to opowiadanie, to jednak proszę, żebyście pisali w komentarzach swoje opinie na jego temat. Z gry dziękuję :*


***



Wrócili do “Chmurnego Gryfa”. Może gospoda nie była najlepsza, ale przynajmniej tania. Chociaż... Powiedzmy sobie szczerze: gospoda była obskurna i nieprzyjemna. Duszący dym snuł się w powietrzu, słońce ledwo tu docierało. Stoły i krzesła były poniszczone, wyglądały jakby tylko czekały, aż wreszcie będą mogły zakończyć swój banalny żywot załamując się pod czyimś ciężarem i wylądować w niebie dla krzeseł. W kątach siedzieli ciemno ubrani ludzie ewentualnie pykający fajki. Nikt z nikim nie rozmawiał, jakby to była świątynia Haffu.
Ustalili, że wyjadą rano, nie ważne dokąd, byle tylko uniknąć kary za nielegalną broń. Od razu było oczywiste, że Athemie jedzie z nimi, mimo, że o tym nawet nie rozmawiali.
Wynajęli 2 pokoje na piętrze.
-Rozgość się – powiedzieli otwierając drzwi od jej sypialni – My tym czasem pójdziemy po bagaże i przebierzemy się.
“Bagaże!” - przypomniało się dziewczynie - “I koń! Zostawiłam go w tamtej gospodzie!” Jednak po chwili namysłu stwierdziła, że zabierze je nazajutrz, kiedy będą wyjeżdżać.
Rozejrzała się po pokoju. Był mały i prosty. Żadnych zbędnych mebli czy ozdób. Tylko stolik, taboret i wypchane słomą łóżko. Właściciel karczmy chyba uważał, że zbędne wygody, czy to dla ciała czy dla oka, bardzo szkodzą zdrowiu. (A przecież trzeba dbać o zdrowie gości!)
Z szarego, poplamionego materaca wyłaziła słoma, ze ścian sypał się tynk. W podłodze jakieś gryzonie zrobiły kilka dziur, taboret miał trzy i pół nogi. Gdy na nim usiadła zostały tylko dwie i pół. Z hukiem upadła na ziemię.
Wychodzimy dosłownie na chwilę, a ty już o mało się nie zabiłaś! - spojrzała stronę drzwi i zobaczył wychylającą się głowę Marcelusa – Nie szalej za bardzo, przed nami jutro długa droga.
- Dokąd właściwie pojedziemy? - podróż bez celu wydawała się dziewczynie bezsensowna.
- Na wschód. Może do Orowaru? To dość duże miasto, może trafimy na jakieś uroczystości, festyn, targ albo coś i trochę zarobimy?
- Aha... A... Mieszka tam jakiś dobry mag? - chłopak spojrzał na nią z pytającą miną zupełnie nie wiedząc o co może jej chodzić. Athe irytowałao trochę, że w ogóle nie widzą w niej czarodziejki. – Żeby mnie trochę nauczył. Bo przecież mam wielki talent! Szkoda go marnować!
- Czemu jesteś taka pewna swojego talentu choć nie znasz żadnego zaklęcia? To trochę dziwne... Wielkość maga raczej zależy od jego zdolności, zasług... czy coś. A ty nie wydajesz się jakaś... no... nie wiadomo jak magiczna. - dziewczyna spojrzała na niego spode łba – A... Ale ja się nie znam... - zaczął się tłumaczyć.
- Moja babcia tak uważała a ja jej ufam. Poza tym tak jest zapisane w gwiazdach! Mówi ci coś Smocze Oko?
- Symbol potęgi, owszem.
- Sam widzisz, że będę wielką czarodziejką! - młody trubadur, choć podróżował po całym kontynencie, nigdy nie spotkał osoby tak bardzo pewnej o swoją przyszłość i przeznaczenie. Powoli wycofał się z jej pokoju.

***

Po cichu wyprowadzili konie ze stajni, objuczyli je na nowo i ruszyli pustymi jeszcze ulicami. Miasto spało spokojnym snem. Słońce dopiero wschodziło rażąc złocistymi promieniami oczy.
Podkowy rytmicznie stukały o bruk. Wstąpili tylko po konia dziewczyny i kierowali się w stronę wystających ponad dachy smukłych wieżyczek Bramy Wschodniej, na których szczytach smętnie na wietrze powiewały fioletowo-złociste flagi księcia Jeshuy.
Bramy pilnował jeden strażnik. Wysoki, muskularny. Niestety minę miał niezbyt inteligentną. Za to uśmiech powalający. Pewnie większość głupiutkich dziewcząt nie mogła mu się oprzeć.
Marcelus podjechał do niego i coś wcisnął mu w rękę. Strażnik uśmiechnął się szeroko, ukłonił i przepuścił ich bez żadnych problemów.
- Żadnych opłat? - zdziwiła się Athe.
- Mamy z nim pewien układ: ja piszę za niego wiersze dla dziewcząt, aby “oczarować je”, a on przepuszcza nas bez opłaty i kontroli. Bez niego dawno byśmy wisieli za murami.
- Za co?
- Za nagminne noszenie broni bez zezwolenia. Jesteśmy wagantami, poza prawem. Nie wolno nam nosić broni ani oskarżyć nikogo o kradzież, bo nic nie jest naszą własnością, choćbyśmy to kupili. Praktycznie każdy może nas zamordować bez najmniejszego powodu i spokojnie żyć dalej. Więc trzeba mieć broń. A tego nam zabraniają, więc co mamy zrobić? Wolę zaryzykować czasem stryczkiem, niż co noc myśleć, że rano mogę mieć nóż w trzewiach! - Wilk się ożywił. Czasem irytowało go jego życie, ale sam przecież wybrał taką ścieżkę. - Ciągle się nas czepiają, jakbyśmy mogli wszystkich pozabijać!
- Cóż... Takie życie artysty! - zawołał Asha – Ścigasz się? - spojrzał na dziewczynę.
- Po co? I tak wiem, że wygram. Jestem chyba najszybsza na całym kontynencie! Umiem pędzić jak wiatr!
- Nie wierzę... - mruknął chłopak.
- To patrz! - krzyknęła Athe popędzając konia. Pognała przed siebie, ale Asha od razu zaczął ją gonić. Po kilku sekundach jechali już łeb w łeb. Czarna czupryna chłopaka szalała na wietrze prawie zaraz przy jej uchu. Wydawało się jej, że słyszała jak jego włosy szeleszczą. Przyspieszyła ostro spinając konia i poluźniając trochę wodze, pochyliła się bardziej do przodu i powolutku zaczęła wyprzedzać przeciwnika.
Wiatr targał jej włosy i smagał twarz. Przymrużyła oczy, chroniąc je przed ostrym wiatrem niosącym drobinki piasku. Koń pędził jak nigdy dotąd. Czuła każdy jego mięsień, jak szybko pracuje. Czuła się wolna, niedościgniona, najlepsza, najszybsza, jedyna taka. Jedyna, która tak potrafi.
Ale mimo wszystko jej przeciwnik ją dogonił. Zrównali, konie mogły spojrzeć sobie w oczy. Jak to możliwe?
- Ja pędzę jak wicher! - krzyknął i mrugnął do niej wyrywając się do przodu. Wzniósł za sobą ogromny tuman kurzu. Wciąż poganiała konia, ale on po prostu nie mógł już szybciej jechać. Wjechała w tuman i zobaczyła zarys konia z jeźdźcem w poprzek traktu, ale zanim zdążyła pomyśleć wpadła na niego i przewrócili się z wielkim impetem. Kiedy leciała w dół wydawało się, jakby czas zwolnił. Wiedziała, że zaraz uderzy w ziemię, ale jakby ziemi nie było. Wydawało jej się, że spada i spada, życie przemknęło jej przed oczami, zdążyła pomyśleć o babci.
W końcu gruchnęła o ziemię.
- Auuuu! - wydarła się. Upadła na rękę, bardzo boleśnie. Ból od ramienia przeszedł od razu do mózgu i głucho pulsował w czaszce. Ktoś nad nią stał, podał jej rękę, podniósł do pionu.
- Ty na nogach? Nie powinieneś leżeć obok konia pojękując z bólu? - Spojrzała zdziwiona na Ashę.
- Jestem akrobatą. Uwierz mi, to nie problem zeskoczyć z przewracającego się konia. - odpowiedział jej z uśmiechem i zaczął otrzepywać jej plecy.
- Hej! - spojrzała na niego z wyrzutem – Sama sobie poradzę! Nie jestem dzieckiem! Auuuu! - zawyła znowu, gdy tylko spróbowała poradzić sobie sama – Chyba... Eeee... Chyba złamałam rękę... - bąknęła niezadowolona.
komentarze [6]

...::: Rynek :::... >> piątek, 13 kwietnia 2007 19:16:04
Zupa smakowała okropnie. Jak woda z przyprawami i pływającymi ziemniakami. Athe chwilę bawiła się łyżką, po czym dojadła okropieństwo. W końcu było za darmo, a o dziwo syciło.
Chciała wyjść z gospody, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Tu dusił ją dym, któryś z gości palił fajkę. Powoli wstała i już chciała wyjść, gdy dopadła ją barmanka:
A zapłata? - krzyknęła jej do ucha. No tak, nic nie jest za darmo...
Dziewczyna odwróciła się i już chciała wyciągnąć pieniądze, ale gdy kobieta zobaczyła jej twarz powiedziała:
- Aha, ty byłaś z Ashą i resztą? To... Tego... Oni zapłacili. Możesz iść. Wybacz... - oblała się rumieńcem – I pozdrów Ashę... - dodała cicho. Athe spojrzała tylko na nią dziwnie i opuściła to miejsce.
Wyszła z zaułka i zobaczyła....
Tłok. Mnóstwo ludzi, każdy gdzieś się spieszył. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, że nie wie dokąd iść. “Będziemy na rynku.” Phi! Gdzie niby był ten rynek? Wszystkie uliczki były takie same, każdy róg wydawał się podobny do drugiego. Wokół niej rozbrzmiewały przeróżne nawoływania, ale nikt nie wołał jej, Athemie. Była zupełnie sama. W powietrzu unosiły się różne zapachy, ale żaden nie był znajomy. Wokół wciąż pojawiały się twarze, ale żadnej z nich nie rozpoznawała. Teraz wspaniałe miasto ją przerażało. Rozglądała się ze strachem, szukała jakiegoś punktu odniesienia, czegoś, co pamiętała z trasy ucieczki przed strażnikami.
Nie było nic... Wtedy cała był przepełniona przerażeniem, nie pamiętała nic. Miała pustkę w głowie. Stała jak słup soli i patrzyła przed siebie, zastanawiając się, co teraz ze sobą począć.
- Hej! Czego tak sterczysz na środku?! Nie widzisz, że jadę?! Mam cię rozjechać moim wozem?! Hę?! - ktoś zaczął ją wyzywać. Ocknęła się z zamyślenia i oparła o ścianę jakiegoś budynku. Rozglądała się wokół szukając kogoś, kto mógłby jej pomóc.
- Szukasz kogoś? - rozległ się cichy, subtelny głos za jej plecami. Athe odwróciła się z uśmiechem. Zobaczyła wysokiego chłopca o brązowych włosach do ramion i ciepłych orzechowych oczach. Na jego policzku malowała się paskudna blizna, kontrastująca z miłą twarzą.
- Nie wiem gdzie jest rynek. - powiedziała.
- Pokażę ci! - nie czekając na odpowiedź chwycił ją za rękę i zaczął wciągać w tłum. Przez kilka minut przeciskali się między ludźmi i wreszcie dotarli na rynek.
- Dziękuję za pomoc! - zwróciła się do pomocnego człowieka i zaczęła się rozglądać szukając swoich nowych znajomych.
“Będziemy na rynku”? Ale gdzie? Tu też był straszny tłok. Ludzie kłębili się, kupowali, oglądali. I znajdź tu trzech chłopaków...
Nagle ponad ludzi buchnął ogień. Athe uśmiechnęła się do siebie i ruszyła w tamtą stronę. Przecisnęła się na przez tłum gapiów i zobaczyła tych, których szukała. Wilk w czarnej masce właśnie zionął ogniem, bracia po cichu żywo dyskutowali gdzieś z boku.
Ogień sięgał wysoko, był piękny. Po chwili zgasł i znów zapłonął, tym razem na ziemi. Na bruku! To musiała być magia. Płomienie tańczyły, oczarowując widzów. Lizały ciało Wilka, ale nie robiły mu żadnej krzywdy. Utworzyły wokół niego krąg i zaczęły kształtować się w postacie. Teraz ludzie mogli zobaczyć myśliwych z dzidami polujących na wilki. Nagle wszystko się rozmyło, przybrało inny kształt. Piękna długowłosa kobieta z rękami wzniesionymi do góry. Jej suknia i włosy falowały, twarz zdawała się wykrzywiać w cierpieniu. Przyciągnęła ręce do siebie i powoli upadła. Martwa. Ogień zgasł.
Rozległa się burza oklasków. Ludzie wiwatowali, gwizdali, rzucali pieniądze. Kuglarze ukłonili się i zaczęli je zbierać, Athemie im pomogła.
- Witamy! Jednak do nas przyszłaś? - przywitał się Marcelus.
- Co mam zrobić sama w tak wielkim mieście? Jesteście jedynymi przyjaznymi mi ludźmi!
Zobaczyła wychodzącego z tłumu człowieka z blizną. Uśmiechnął się do niej i zaproponował:
- Może się przespacerujemy po mieście? Pokaże ci najciekawsze miejsca... - mrugnął do niej. Nie wiedziała co odpowiedzieć.
- Zostaw ją Radory. Ona jest nasza. Nie zbliżaj się do niej. - warknął Wilk.
- Chyba, że chcesz znów posmakować żelaza. - dodał Asha. Radory spojrzał na niego spode łba i odszedł mrucząc coś pod nosem. Dziewczyna spojrzała na nich wyczekująco.
- Zły gość. - krótko wytłumaczył murzyn.
- Morderca. Kiedyś należał do kuglarskiej braci. Potem zabił Pielgrzyma, najsławniejszego gawędziarza. Na pewno o nim słyszałaś. - uzupełnił trubadur.
- O, tak.
- Został wygnany. Na swoje nieszczęście zechciał wrócić. Myślał, że przyjmiemy go z otwartymi ramionami! Tak zapoznał się z moim nożem. Po tej bliźnie rozpoznają go wszyscy waganci. - dodał Asha z uśmieszkiem, dumny z siebie – Marcelus, domagają się ciebie. - zwrócił bratu uwagę. Zobaczyli ludzi stojących i spoglądających na niego z wyczekiwaniem. Bard westchnął.
- O czym chcecie posłuchać?
- Kruki! Kruki! - rozległo się wołanie.
- Kruki? Niech będzie. - wziął do ręki lutnię i swoim pięknym głosem zaśpiewał:



Gdy tylko ciemność ogarnia świat
Gdy wreszcie zasypia każdy chwat
Gdy wilk zawyje do księżyca z żałością
Gdy mrok przykryje was kołdrą z miłością
Kruki cichutko się zakradają
Ciemni jak noc, wśród której stąpaj
Nie wiadomo kiedy się zjawią
Chociaż złoczyńcy straże ustawią

Nie usłyszysz szelestu, ni ruchu żadnego
O świcie gdy wstaniesz nie będzie niczego
To co niegodziwcy zabrać wam chcieli
Na swoim miejscu będziecie mieli
Królewscy słudzy wygnani w las
Więcej nie będą już nękać was
Przed domem tylko ujrzycie
To co zobaczyć od zawsze marzycie

Piękne kruczoczarne piórko
W trawie zaś akryę z dziurką
Pióro na znak że wam pomogli
Moneta byście choroby zmogli
Dbają o własność, o wasze zdrowie
Byście za szybko nie wylądowali w grobie
Dobre z nich tych lasów duchy
Czynią to z najwyższej skruchy

A co uczynili nie wie nikt


Marcelus smutnym głosem zakończył pieśń. Chwilę siedział zamyślony. Usłyszawszy oklaski wstał i wszedł w rozgadany tłum.
- Dokąd poszedł? - zapytała przyjaciół Atehmie.
- Napić się. - padła krótka odpowiedź. Dziewczyna wolała nie pytać na razie o szczegóły. Zobaczyła, że tłum się rozchodzi.
- A ty nie występujesz? - zapytała Ashę.
- Nie, już to robiłem – odpowiedział zbierając monety – Całkiem dużo dziś zarobiliśmy! Wilku, myślę, że to zasługa twojej Ognistej Panny. - pochwalił przyjaciela.
- Chociaż to mogę dla niej zrobić... - szepnął połykacz ognia cicho.


komentarze [10]

...::: "Chmurny Gryf" :::... >> poniedziałek, 2 kwietnia 2007 17:41:04

Trzy konie stąpały cicho.
- Zapomniałem, że dziś jest targ! Pewnie nawet w Chmurnym Gryfie nie będzie miejsca!
- Asha, bez przesady. To Chmurny Gryf! Tam zawsze jest miejsce. Szczególnie dla nas.
- Przeciśniemy się przez miasto bez kłopotów... - odezwał się trzeci głos.
- Wierzysz w to co mówisz, Wilk? Bez kłopotów?
Już chcieli wyjechać z uliczki, gdy przed oczami im coś mignęło. Rozpoznali rudą dziewczynę z traktu. Ktoś ją gonił.
- Asha, zabierz ją do Gryfa! - krzyknął blondyn. Jeden z nich ruszył za dziewczyną, pozostali dwaj za ścigającymi. Wjechali przed nich i ściągnęli konie. Spojrzeli na nich z góry, wyjęli broń i zapytali:
- Ładnie tak ścigać dziewczynę przez miasto? Panowie, mam nadzieję, że nie chcieliście jej skrzywdzić. Może wam się podoba, ale spójrzcie jaka młoda!
- Jesteśmy strażnikami, mamy prawo ją ścigać, za to nam płaci kupiec. Za to wam nie wolno podnosić na nas broni! Wy nawet nie macie prawa jej nosić! - odparł gniewnie jeden z mężczyzn.
- Jeśli tak... - blondyn obejrzał się. Jego przyjaciel i dziewczyna już zniknęli. - Mam nadzieję was więcej nie spotkać! - wykrzyknął i odjechali.


Athe usłyszała za sobą stukot końskich kopyt. Odmierzały ostatnie sekundy jej wolności. “O nie! Następni!” Strach dodał jej sił. Przyspieszyła jeszcze, ale ktoś chwycił ją za rękę i wciągnął na konia. Zaczęła krzyczeć i się szarpać. Niewiele to dało. Dziewczyna krzyczała jak opętana. Napastnik nie zwalniał żelaznego uchwytu i wciąż popędzał konia. Balansowali w tłumie, w końcu skręcili w ciemną uliczkę. Jeździec zsiadł, pomógł jej zejść.
Ujrzała jego twarz i rozpoznała chłopaka z traktu. Zaprowadził konia do (dość marnej) stajni. Wrócił i zaprosił ją uprzejmie do gospody.

Młodzieniec miał czarną czuprynę na głowie i stalowobłękitne oczy. Był szczupły, smukły i umięśniony. Nie wyglądał na kogoś wysoko urodzonego, na mieszczanina, ani nawet na chłopa. Jakby był z innej bajki. Jego strój był czarno błękitny, dziwnie wykrojony. Nigdy takiego nie widziała.
Chociaż gospoda nie zachęcała swoim widokiem, Athemie musiała się gdzieś chwilowo ukryć. Weszli do środka. Panował tam półmrok, na niektórych stołach paliły się świece rzucające nikłe światło na zakapturzone postacie, które jakby były posągami. Nikt się nie ruszał. Czasem tylko dało się słyszeć chrząknięcie jakby na potwierdzenie tego, że jeszcze żyją.
Jej wybawca podszedł do lady. Zamówił coś u grubej, młodej kobiety, która z szerokim uśmiechem zniknęła na zapleczu. Po chwili barmanka, cała zaczerwieniona, trzepocząc długimi rzęsami, przyniosła jakieś posiłki, ale Athe nie chciała ich tknąć. Nie ufała chłopakowi, nawet się go bała. W jego oczach widziała lekki obłęd.
- Chcieliśmy najpierw iść na rynek i trochę zarobić, ale ty się napatoczyłaś... - odezwał się i urwał - ... bez urazy... - nagle spojrzał jej w oczy. - Czemu nie jesz? Na nic więcej mnie chwilowo nie stać.
Dziewczyna rzuciła mu ostre spojrzenie.
- Nie bądź taka dumna, w twojej sytuacji nic ci to nie da. - upomniał ją.
- A kim ty jesteś, żeby mi zwracać uwagę? - oburzyła się.
- A kim ty jesteś? - zapytał unosząc lekko jedną brew i wpatrując się w nią niczym w księgę, z której można wszystko wyczytać.
- Ja? Ja jestem potężną czarodziejką! - odparła prostując się i lekko uśmiechając. Spojrzała na niego wyniośle i chwyciła łyżkę.
W tej chwili drzwi karczmy się otworzyły. Weszło dwóch młodzieńców. Rozejrzeli się, jakby kogoś szukali i w końcu skierowali się do ich stołu. “No tak! Reszta bandy....” pomyślała, gdy rozpoznała kolejnych chłopców z traktu. Jeden był jakby kopią Ashy, tylko miał blond włosy i soczyście zielone oczy, w których skakały iskierki. Nosił zwykły strój podróżny. Zaś drugi... Drugi był prawdziwą zagadką. Miał skórę i oczy ciemne prawie jak noc. Był jak zmierzch przyodziany w czerń i czerwień.
- Kim wy jesteście?! - wymknęło się Athemie. Gromada przebierańców porwała ją tylko po to, żeby z nią zjeść ohydną wodę z fasolą i jakimiś jeszcze nieznanymi warzywami, która podobno była zupą. To nie było normalne.
- Jesteśmy kuglarzami. - odpowiedział czarny – Ja jestem Wilk, Płomień Nocy, Tancerz Ognia.
- Ja nazywam się Marcelus, jestem bardem – wtrącił blondyn z uśmiechem – A Asha, mój brat, jest akrobatą i specjalistą od najróżniejszych broni, o jakich ci się nawet nie śniło. No i tancerzem, ale nie lubi o tym wspominać! - mrugnął do niej, szczerząc bielutkie zęby – Ale kobiety to lubią! - Asha siedział naburmuszony i spoglądał na Marcelusa spode łba.
- Będziemy na rynku. - rzucił podnosząc się – Jakbyś nas szukała.
Wyszli zostawiając ją z lurą w misce i mętlikiem w głowie.
komentarze [3]

...:::Merfenhau:::... >> sobota, 17 marca 2007 12:18:16
Athemie zbliżała się do mostu. zauważyła kilku strażników i kupca żywo machającego rękami. Gdy podjechała bliżej, usłyszała, że kupiec nie chce zapłacić za wjazd, upierał się, że miał papiery, które pozwalały mu na darmowy wjazd, ale mu je ukradziono. Wartownicy odpowiedzieli gromkim śmiechem i nie wpuścili go. Po chwili bogaty człowiek zaczął im grozić.
Gdy kopyta zastukały na moście dwóch strażników oderwało się od kłótni. Podeszli do niej i rutynowo zapytali o powód przybycia.
Przyjechałam do ciotki, która ma mnie nauczyć zielarstwa.
Mężczyźni przyjęli to spokojnie do wiadomości i nie zadawając zbędnych pytań zażądali pół akryi i wpuścili ją przez bramę.
Jej oczom ukazał się wspaniały widok. Brukowane uliczki przepełnione ludźmi i domy budowane z białego kamienia. Gdzie nie gdzie ponad dachy wystawały wysokie strzeliste wieże, które jakby chciały dosięgnąć nieba.
Miasto ją oczarowało. Duże i gwarne – zupełne przeciwieństwo tego, co widziała w dzieciństwie. Ludzie ciągle gdzieś się spieszyli, handlarze stali praktycznie w każdej uliczce i bramie, witryny sklepów zapraszały kolorowymi wystawami, z tawern było słychać śmiechy i muzykę. Merfenhau tętniło życiem! Rozglądała się oczarowana.
Weszła do jednej z karczm, zapłaciła 50 jedów i zostawiła konia w stajni.
Wyszła z powrotem na ulicę i nagle na kogoś wpadła. Odwróciła się i ujrzała starego człowieka w znoszonych ubraniach, które kiedyś były pewnie bardzo cenne.
Co się gapisz? - warknął, chuchając jej w twarz cuchnącym oddechem, odepchnął ją i ruszył w górę uliczki. Teraz dopiero Athe zobaczyła, że większość ludzi idzie w tamtą stronę. Ruszyła z nimi.
Tłum wylał się na duży plac. Ludzie zajmowali każdy skrawek placu, niektórzy stali na drewnianych wózkach straganiarzy.
Na środku placu stała platforma. Po chwili wszedł na nią otyły człowiek, o tłustych czarnych włosach, bogato ubrany, z masą pierścieni na grubych paluchach.
Ludu Merfenhau! - zawołał donośnym głosem – Rozpoczynam coroczny targ niewolników. Oto pierwszy kandydat: młody, umięśniony, wykona każdą pracę. Licytację zaczynam od 200 akryi!
210! - rozległo się w tłumie.
230!
250!
350!
Czy ktoś jeszcze? Nie?! Sprzedany! - to oburzyło dziewczynę. Handel ludźmi? Prawdziwe okrucieństwo. Jak tak można? To nieludzkie.
A oto drugi niewolnik. W średnim wieku, zna się na roli. Cena wywoławcza: 100 akryi! - rozległo się po placu. I wtedy dziewczyna podjęła decyzję.
Gdy się rozejrzała zobaczyła stragan warzywny. Podeszła i zauważyła, że nikt go nie pilnuje. Skorzystała z okazji i wzięła kilka cebul. Małe, okrągłe. Idealne do rzutów. Słyszała głosy licytujących. Podeszła bliżej podestu i uniosła rękę. Zamachnęła się i rzuciła cebulę, która trafiła prosto w czoło handlarza. Ten otworzył szerzej oczy z niedowierzaniem i rozejrzał się po ludziach. Athe rzuciła jeszcze jedną cebulę. Trafiła w tłusty brzuch. Tym razem handlarz ją zobaczył, dał komuś znak i ktoś zaczął się przedzierać przez tłum w jej stronę. Zaczęła się powoli wycofywać w kierunku najbliższej uliczki. Po chwili odwróciła się i zaczęła biec najszybciej jak potrafiła. Obejrzała się przez ramię. Goniło ją dwóch uzbrojonych mężczyzn. “Niedobrze...” pomyślała. Skręciła w prawo. Znów się obejrzała. Tamci nadal ją gonili. Przyspieszyła, ale biegła już ostatkiem sił.
komentarze [2]